Marcin Ciszewski – “www.1944.waw.pl”

04/03/2009 by gdak

coverWyobraźmy sobie sytuację, w której współcześnie uzbrojone i wyszkolone jednostki wojskowe zrządzeniem losu przenoszą się w realia II Wojny Światowej. Takie odważne założenie do fabuły, poczynił Marcin Ciszewski w swojej najnowszej książce “www.1944.waw.pl”. Pozycja ta jest kontynuacją wydanej wcześniej powieści “www.1939.com.pl”, w której zaczyna się przedziwna historia żołnierzy Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego rodem z 2007 roku.

Pomysł na przenosiny w czasie jest obecny zarówno w literaturze, jak i filmie od dość dawna. Najczęściej jednak mamy do czynienia z lekkimi opowiastkami, które bardziej wzbudzają uśmiech na twarzy niż zadumę nad istotą czasu, czy historii. Każdy z nas oglądał zapewne trylogię Roberta Zemeckisa: “Powrót do przyszłości”. Wielu z nas czytało książkę Marka Twaina: “Jankes na dworze króla Artura”. To, co odróżnia prozę Ciszewskiego od znanych nam utwórów literackich i filmów dotyczących podróżowania w czasie, to z jednej strony doskonała znajomość realiów, w które zostają wrzuceni bohaterowie (autor jest z wykształcenia historykiem i fascynuje się II Wojną Światową), a z drugiej duża wiedza na temat sposobów szkolenia i uzbrojenia współczesnych polskich jednostek. To wszystko daje nam materiał na książkowy przebój.

Na blisko 330 stronach “www.1944.waw.pl” odnajdziemy wartką akcję ze świetnym opisem walki zbrojnej. Przeczytamy o emocjach, ludzi, których kontekst nie tylko czasowy, ale i mentalny jest zgoła odmienny od tego, który zastają w 1944 roku. Język bohaterów i liczne zapożyczenia jednego z nich ze znanych scen filmowych, pokaże nam, jak trudne stają się realia naszego życia, gdy zniknie to, co uznawaliśmy do tej pory za teraźniejszość. Pomimo swego – mogę chyba tak powiedzieć – sensacyjnego wymiaru, książka Ciszewskiego wywoła w nas namysł nad tym, co by się stało gdyby rzeczywiście można było zapanować nad czasem i odwrócić bieg własnych losów, jak i całej historii. I choć płynący z lektury wniosek, że zmiany w dziejach w skali mikro niekoniecznie będą miały przełożenie na skalę makro, globalnej historii to i tak autor kusi by rozważania nad samymi możliwościami “majstrowania” przy czasie nie opuściły nas po przeczytaniu ostatniej strony powieści.

We mnie osobiście zrodziła się potrzeba przeczytania o dalszych losach bohaterów. Tym bardziej, że autor nie zamknął kulminacją fabuły dróg do jej kontynuowania.

Wszystkim, których ta opinia zachęci zapraszam do przeczytania “www.1944.waw.pl”. Jeszcze bardziej zainteresowanych zapraszam na stronę poświęconą książce o adresie będącym jej tytułem – link.

Ein Volk – ein Reich – ein Führer

18/02/2009 by gdak

W ostatnim czasie mocno zainteresowały mnie środowiska o skrajnie prawicowych, integrystycznych poglądach. Zacząłem przeglądać i uczestniczyć w różnych forach, które grupują ludzi myślących kategoriami, którym często blisko do fundamentalizmu znanego nam współcześnie z Bliskiego Wschodu. Oczywiście fundamentalizm ten jest “katolicki”. Ująłem w cudzysłów to słowo, bo moim zdaniem wbrew obiegowym opiniom, ma on z katolicyzmem niewiele wspólnego. Bardziej nasuwa mi się skojarzenie z nacjonalizmem podszytym religią, który to religię traktuje instrumentalnie, jako rodzaj spoiwa, które ma scalać pewną całość. Analogia, jaka przychodzi mi do głowy, to slogan Radia Maryja mówiący, iż to radio jest “katolickim głosem w twoim domu”. Budzi to mój sprzeciw nie tylko dlatego, że katolikos z definicji oznacza “powszechny”. Postawy, jakie można zaobserwować, gdy wniknie się w środowiska – nazwijmy je bardzo umownie – narodowymi, charakteryzuje reinterpretacja takich pojęć, jak naród, Kościół, ojczyzna. Słowa te nabierają znaczenia wytrychów, którymi można wyważyć każde drzwi. Jeśli coś, w opinii tych środowisk jest złe, oznacza to, że jest zdradzieckie, wrogie, niepolskie, polskojęzyczne,  niekatolickie czy wreszcie żydowskie.

W opiniach, które można przeczytać na licznych blogach i forach, można znaleźć szereg porównań, mediów nazywanych przez nie liberalnymi (z Gazetą Wyborczą na czele) do propagandowej prasy III Rzeszy. Próba wytłumaczenia jednemu z użytkowników forum, że definicyjnie bliżej do Völkischer Beobachter, Naszemu Dziennikowi, z racji jednostronności i manipulowania faktami jest awykonalne. Podobnie modne jest używanie w określeniu do gazet typu Dziennik i Gazeta Wyborcza porównania do Trybuny Ludu. Na nic tłumaczenia, że na łamach tej, czy innej gazety pojawiają się różne głosy w dyskusjach, polemiki, które są wyznacznikiem pluralizmu. Gazeta ze swej istoty ma reprezentować jeden pogląd i jedną wizję.

Zauważalny w wypowiedziach ludzi spod znaku toruńskiej stacji jest problem ze stosunkiem do demokracji. Skoro bowiem, jest jedna prawda i jedna racja, to o pluraliźmie nie może być mowy. Co w takim razie uczynić z tymi, którzy reprezentują poglądy odmienne od tych czytanych na łamach Naszego Dziennika? Zamknąć ich? Rozstrzelać? Zmusić siłą do zmiany poglądów? Pojęcia takie, jak demokracja i wolność słowa są więc traktowane instrumentalnie. Przejawem łamania wolności słowa, jest np. konflikt Radia Maryja z operatorem telewizji kablowej UPC. Nie ważne, że dyrektor radia nie chciał podpisać z operatorem umowy. Innym przykładem gwałtu na wolności słowa, jest niedostępność Naszego Dziennika na niektórych stacjach benzynowych. Nie jest tu istotny czynnik ekonomiczny i takie fakty, jak niska sprzedawalność gazety na stacjach. Skoro nie ma gazety na stacji X., a o zgrozo można na niej kupić Wyborczą, nie może być mowy o czymś innym niż spisek.

Kolejnym fenomenem zaobserwowanym przeze mnie, jest niebywała wręcz umiejętność udzielenia odpowiedzi na każde pytanie. Do tego właśnie służą słowa wytrychy wspomniane wyżej. Świat jest czarno-biały, nie występują w nim konflikty moralne. Jeżeli już ktoś ich doświadcza, nie może nazywać siebie katolikiem i Polakiem.

Nie chcę wnikać w przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Zapewne wiele mogliby orzec naukowcy zajmujący się psychologią i socjologią. Nasuwa się tylko skojarzenie z tym, co w którejś z książek napisała o mężczyznach Manuela Gretkowska – cytat z pamięci – facet jest najprostszą z maszyn, do jego obsługi służy jedna dźwignia. Podobnie tu: na wszystko znajdzie się remedium – jeden naród, jedno państwo, jeden wódz.

AKTUALIZACJA: tekst został zamieszczony również w portalu Wiadomości24 – link

Robert Capa – nierozważny i romantyczny

17/02/2009 by gdak

Robert CapaW maju tego roku minie 55 rocznica śmierci Roberta Capy, jednego z największych w historii fotoreporterów wojennych.  Andre Friedman, bo tak nazywał się Capa zginął tragicznie we francuskich Indochinach w roku 1954. To on ukuł powiedzenie: “jeśli Twoje zdjęcie nie jest dobre, najwyraźniej nie podszedłeś wystarczająco blisko”. Właśnie tą dewizą kierował się przez całe swoje zawodowe życie.

Swoją Leicą i Contaxem Capa dał świadectwo największym wydarzeniom historycznym, które wydarzyły się za jego życia. Fotografował między innymi wojnę domową w Hiszpanii, ekspansję Czang Kaj-Szeka w Chinach, lądowanie aliantów na Sycylii i w Normandii. Jego zdjęcia trafiły do kanonu najlepszych fotografii wykonanych w historii.

Capa to postać równie nietuzinkowa, co przewidywalna w swym szaleństwie. Z jednej strony, cechowała go niesamowita wręcz odwaga, często ocierająca się o brawurę, z drugiej był znanym hazardzistą i kobieciarzem, wiecznie bez grosza przy duszy. Przegrywał w pokera i remika wszystko, co zarobił. Nie potrafił związać się na stałe z jedną kobietą. Do grona jego licznych kochanek należała między innymi Ingrid Bergman. W pokera zaś grywał z Ernestem Hemingway’em, Humphreyem Bogartem i Irivnem Shaw.

Jedną z nielicznych rzeczy, jaką można było powiedzieć o Friedmanie ze stanowczą pewnością, to tą, że bał się jak ognia zwyczajnego, ustabilizowanego życia z małżonką u boku i stałą pracą w jednym miejscu. Adrenalina była napędem jego działalności. Bez niej popadał w depresję i melancholię. Ze zdziwieniem należy jednak stwierdzić, że Capa wojny nienawidził. Nie potrafił przez całe życie znaleźć alternatywy, która dałaby mu poczucie spełnienia. Każdy konflikt, z którego wrócił cało, uświadamiał fakt, że szczęście nie będzie wiecznie mu dopisywać. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma niezliczonej ilości żyć i że w końcu dopadnie go zbłąkana kula snajpera. “Z wojną jest jak ze starzejącą się aktorką. Jest coraz mniej fotogeniczna, za to coraz bardziej niebezpieczna” – te słowa wypowiedział zmęczony nieustannym narażaniem życia.

Ironia losu w życiu Roberta Capy uwidoczniła się najbardziej u schyłku jego życia. Wyruszył w podróż do Japonii, gdzie na nowo zaczął cieszyć się fotografią i odkrywać jej smak na pokojowym gruncie. Zdjęcia, których nie zrobił na wojnie, rzadko kiedy dawały mu poczucie satysfakcji. Brak adrenaliny częstokroć przekładał się na niższy poziom jego prac. Gdy poczuł, że może uprawiać dobrą fotografię w czasach pokoju, otrzymał ostatnie w swoim życiu zlecenie w Wietnamie, gdzie partyzanci Ho Shi Mingha osiągali pierwsze sukcesy nad armią francuską. Zginął wskutek wybuchu miny w Thai Binh w 25 maja 1954 roku.

Robert Capa to połączenie niepoprawnego romantyka, wielkiego miłośnika kobiecego piękna i człowieka, który doskonale potrafił sterować swoją karierą. Jego biografiowie twierdzą zgodnie, że Friedman wymyślił siebie sam, jako Capę. Stworzył od podstaw swój wizerunek chłodnego cynika, z wiszącym w kąciku ust papierosem. Trudno jednak dziwić się tym, że żył w takiej masce, biorąc pod uwagę to, że widział najstraszniejsze wydarzenia w XX-wiecznej historii świata i ledwo uszedł z życiem, przed reżimem totalitarnym, który zataczał swe kręgi w Europie.

Zainteresowanych barwnym życiem Roberta Capy zachęcam do przeczytania jego biografii pt. “Szampan i krew”, Alexa Kershawa. Wartkie życie Friedmana przekłada się na kartach książki w fascynującą opowieść o wielkim człowieku noszącym ranę tego, co widział i czego doświadczył.

Lefebryści górą?

27/01/2009 by gdak

Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z czterech biskupów schizmatyckiego Bractwa Świętego Piusa X w tym Richarda Williamsona, zwolennika tzw. kłamstwa oświęcimskiego. Przyznać muszę, że zaskoczyła mnie ta informacja podobnie, jak wielu watykanistów i teologów. Na komentarze nie trzeba było czekac długo. Sprawa została zauważona zarówno przez media, jak i organizacje żydowskie z Instytutem Yad Vashem na czele. Reakcja na decyzję papieża nie zaskakuje mnie. Pomijając aspekt najbardziej sensacyjny, czyli obecność na liście “ułaskawionych” biskupa Williamsona, mamy do czynienia z próbą wprzęgnięcia lefebrystów strukturę Kościoła hierarchicznego i zapewne docelowo uczynienie z nich prałatury personalnej ze statusem podobnym do Opus Dei. Problem w tym, że samo zniesienie ekskomuniki nie rozwiązuje wielu spornych kwestii.

Wystarczy wziąć do ręki wydawane przez bractwo pismo “Zawsze Wierni”, a wątpliwości nasuwają się same. Pierwszą i zasadniczą z nich jest negacja postanowień Soboru Watykańskiego II, który założyciel tradycjonalistów abp Marcel Lefebvre nazywał protestantyzacją Kościoła. Lefebryści podważają nie tylko posoborową Mszę Świętą, ale też kształt dialogu międzyreligijnego, który Sobór zapoczątkował. Przykładem niech będzie  Światowy Dzień Modlitwy o Pokój, w którym 27 października 1986 r uczestniczyli przedstawiciele największych religii z Janem Pawłem II na czele. Oddajmy głos w tej sprawie bractwu:

“(…) zasadniczym błędem Soboru i posoborowych reform jest ekumenizm. Novus Ordo Missae, nowy Kodeks Prawa Kanonicznego (z jego nową definicją Kościoła jako „ludu Bożego”), ekumeniczna Biblia etc. – źródłem wszystkich tych nowinek jest ekumenizm, który inspiruje również nową teologię, spotkanie w Asyżu oraz ideę powszechnego zbawienia w przemówieniach Jana Pawła II.”  Zawsze wierni nr 3/2001 (40)

Nietrudno zauważyć, że mamy do czynienia z mówieniem o błędach Kościoła w powyższych kwestiach. Ducha jednak, tego, co tak naprawdę myślą lefebryści oddaje podpis pod zdjęciem z Asyżu znaleziony na blogu Kronika Novus Ordo: “Wikariusz Chrystusowy posadzony karnie między heretyki, schizmatyki, szamany i inne pogany”. Powstaje więc pytanie, jak ma się ukute przez Jana Pawła II pojęcie Nowej Ewangelizacji do postawy integrystów i w jaki sposób pogodzić misyjny charakter Kościoła z ich integrystycznym zamknięciem?

Są też inne wątpliwości. Tradycjonaliści uznają posoborowy ryt Mszy Świętej za zło Soboru, komunię na rękę za bluźnierstwo – czy przywrócenie Rytu Trydenckiego im wystarczy? Wydaje mi się, że nie i że pojawią się kolejne żądania, by cofnąć Kościół przed rok 1962, w którym Sobór się rozpoczął. Skoro wiele zjawisk, w tym inkulturacja Kościoła jest wprost negowana przez lefebrystów, w jaki sposób ma wyglądać dialog z nimi? Są to pytania, na które nie znamy odpowiedzi.

Problem kłamstwa oświęcimskiego podnoszony przez media jest w gruncie rzeczy najłatwiejszy do zażegnania. Nie zmienia to jednak faktu, że oficjalnie przywrócony na łono Kościoła bp. Williamson staje się jego wizytówką. Najgorsze, że ta wizytówka, jest zaprzeczeniem tego, co wypracował w czasie swego pontyfikatu Jan Paweł II. Szacunek do starszych braci w wierze, wyrażony choćby wizytą w synagodze w Rzymie, czy modlitwą pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie ustępuje w wypowiedziach człowieka, który neguje komory gazowe. Owszem, znamy wiele antysemickich wypowiedzi pasterzy Kościoła, ale nie zostają oni nagrodzeni w świetle jupiterów zdjęciem kościelnej kary. Jeszcze bardziej dramatyczny jest fakt, że tradycjonaliści nadal wyznają zasadę teologicznego bogobójstwa przez naród żydowski. Choć Sobór zamknął raz na zawsze ten rozdział w historii Kościoła, oto wraca on rykoszetem z integrystycznych okopów.

I choć wierzę, że intencją Benedykta XVI jest zabieganie o jedność, to tego ruchu w kierunku lefebrystów nie rozumiem. A chciałbym.

Fotograf wojenny

24/01/2009 by gdak

James NachtweyDługo nie mogłem otrząsnąć się po obejrzeniu fimu dokumentalnego “War Photographer”. Traktuje on o Jamesie Nachtwey’u – amerykańskim fotografie wojennym, który dokumentował między innymi konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie, Czeczenii czy Ameryce Południowej. Film ukazuje z jednej strony dylemat moralny, z drugiej potrzebę Nachtwey’a by być świadkiem i wyrazicielem tych, którzy w tragicznej sytuacji nie mogą mówić we własnym imieniu. Dylemat natury moralnej polega na zarabianiu pieniędzy za fotografowanie okrucieństw wojny, głodu i cierpienia. Zdjęcia Nachtwey’a w doskonały sposób oddają emocje, które dokumentują. Sam fotograf pytany, jak radzi sobie z nimi mówi, że stara się kanalizować je właśnie w kadrze, który wykonuje.

Kilka tygodni temu w notce “…o epatowaniu cierpieniem” dziwiłem się faktem, że media chętnie sięgają po zdjęcia i relacje filmowe, przedstawiające okrucieństwo. James Nachtwey pyta w “War Photographer”: kto jeśli nie dziennikarze mają pokazać światu bezmiar ludzkich tragedii? Zresztą on sam jest doskonałym przykładem tego, jakie mogą być skutki ich nagłośnienia. To dzięki jego fotografiom świat zainteresował się głodem w Somalii, czy rumuńskimi sierotami.

James Nachtwey - ocalały z obozu śmierci w Rwandzie

Pokora Nachtwey’a i staranie, by efekty jego pracy, były głosem cierpiącej części ludzkości kazały mi zrewidować wcześniejsze poglądy na rolę mediów w przedstawianiu tragedii. Każdy z nas zna z książek do historii zdjęcie przedstawiające ledwo żywych więźniów KL Auschwitz-Birkenau opierających się o druty kolczaste. Jest to wstrząsający obraz ludzkiego okrucieństwa i zarazem przestroga przed nim. Podobnie rzecz widzi Nachtwey, który na swojej stronie internetowej (tutaj) w następujący sposób definiuje sens tego, co robi: “Byłem świadkiem, a te zdjęcia są moim świadectwem. Wydarzenia, które pokazałem nie powinny być zapomniane i nie mogą się powtórzyć”.

Oczywiście rzeczywistość nie jest tak różowa, że wszyscy dziennikarze wojenni reprezentują poziom Nachtwey’a. Jego kolega, operator kamery, dobitnie stwierdza, że ten biznes to szambo. Podaje przy tym przykład reporterów, których zna, a którzy cieszą się gdy są świadkami tragedii – jest to bowiem dla nich okazja do zrobienia wyjątkowego zdjęcia, czy nakręcenia niesamowitego ujęcia. Nachtwey ma inne podejście, które wyraża się w słowach, że zaprzedałby duszę, gdyby zamiast dostrzegania cierpienia jednostek zaczął widzieć w ich tragedii drogę dla swojej kariery.

Dla zainteresowanych zamieszczam link do mocno okrojonej wersji polskiej filmu, dostępnej legalnie na stronie TVP – link

Kryzys?

18/01/2009 by gdak

Ostatnimi czasy media bombardują nas ze wszystkich stron informacjami o kryzysie gospodarczym. Słowo “kryzys” zostało już chyba odmienione przez wszystkie przypadki. Przedmiotem tego wpisu nie będzie jednak refleksja nad tym czy kryzys występuje. Interesuje mnie bardziej rola w nim mediów.

Duży wpływ na gospodarkę ma zaufanie do rynku i jego instrumentów. Rynek z kolei nie jest tworem niezależnym od okoliczności politycznych i społecznych. Na przykładzie Rosji widać, jak istotne były dla tamtejszej gospodarki wydarzenia polityczne. W momencie inwazji na Gruzję, a potem w sporze o gaz z Ukrainą, Rosja przestała być postrzegana, jako odpowiedzialny partner gospodarczy. Miało to odbicie w finansach tego kraju i zatrzymaniu ekspansji inwestycyjnej przez światowe koncerny na jego terytorium. Rynek rosyjski przez te wydarzenia stał się w oczach inwestorów niestabilny.

W powyższym przykładzie mieliśmy do czynienia z utratą zaufania spowodowaną taką, a nie inną polityką prowadzoną przez rząd Władimira Putina. Tymczasem w krajach stabilniejszych politycznie, do których można zaliczyć Polskę, większą nawet, niż czynniki polityczne rolę w kształtowaniu obrazu rynku odgrywają media. Rzecz już nie w tym, że o kryzysie się pisze, ale ile i jak się pisze. Nie ma dnia, w którym nie pojawiłyby się wiadomości traktujące o tym zjawisku. Skomasowany charakter tych informacji przekłada się, w nieokreślonym niestety stopniu, na poziom zaufania do rynku.  Oczywiście nie twierdzę, że kryzys ma miejsce z winy mediów. Ale niezliczone ilości analiz obecnej sytuacji na pewno nie trafiają w próżnię. Ogromne zapotrzebowanie na prognozy długoterminowe,  które coraz liczniejsi zaczynają traktować, jak proroctwo, a które starają się zbierać media stają się coraz mniej użyteczne. Nikt w tym momencie nie jest w stanie przedstawić wiarygodnej wizji następnych 12 miesięcy, nie wspominając o okresie dłuższym. Wizje mimo wszystko się pojawiają, a popyt na nie przypomina trochę kolejkę do wróżki.

Na forum użytkowników aparatów firmy Canon pojawiła się kilka tygodni temu dyskusja na temat wzrostu cen lustrzanek cyfrowych i obiektywów. Oczywiście tyle opinii, ilu uczestników dyskusji. Przewagę w pewnym momencie zaczęli mieć zwolennicy tezy, że ceny pójdą w górę. Jeden z przedstawicieli mediów, który brał udział w dyskusji, był wielce oburzony, gdy zaprezentowałem swoje stanowisk0, które pokrywa się z tym co powyżej napisałem. Był czołobitnie przekonany, że informacje podawane przez media należy przyjmować niczym dogmaty w Kościele Katolickim.  Ja jednak uważam – i niech to będzie puenta tego wpisu – że należy mieć dystans do wszelkich informacji, co nie jest tożsame z domniemaniem, że są one nieprawdziwe. Rzecz w tym, że wiadomość czy analiza pokazuje pewien fragment rzeczywistości, ale nie będzie się on odnosić do jej wszystkich aspektów. Im wyższy stopień abstrakcji w doniesieniach medialnych, a im mniej konkretów, tym więcej trzeba dystansu w ferowaniu wyroków i wniosków na przyszłość.

Blogowanie

17/01/2009 by gdak

W poprzednim wpisie zachęcałem do odwiedzania blogów,  do których linki zamieściłem w swoim Nieregularniku. Muszę przyznać, że w ostatnim czasie zainteresowałem się sztuką blogowania. Niesamowite, jak rozwinęła się ta część sieciowych serwisów.  Przy okazji zrozumiałem, jak przydatnym narzędziem w autopromocji może być blog.

Oprócz wymienionych przedwczoraj serwisów dwóch fotoedytorek z “Gazety Wyborczej” czytam namiętnie blog Janusza Palikota dostępny na stronie www.palikot.blog.onet.pl. Jest o tyle ciekawy, że pokazuje niejako drugą twarz tego kontrowersyjnego polityka. Choć zdaję sobie sprawę, że czytelnikom o odmiennych poglądach politycznych samo słowo Palikot kojarzy się pejoratywnie, zapraszam do przeczytania choćby wpisu z 15 stycznia, o wszystko mówiącym tytule “Księga obelg” (link: tu). Treść powyższego wpisu powinna popsuć humor wszystkim tym, którzy dopatrują się wysokiego poziomu debaty publicznej u polityków Prawa i Sprawiedliwości.  To, co napisał Palikot nie jest może odkrywcze, ale demaskuje – jakby na to nie patrzeć – faryzeizm PiS-owskich działaczy. Nie pierwszy raz i nie ostatni, jak sądzę. Można się zastanawiać nad tym czy język, którego używa ten polityk mieści się w kanonie debaty publicznej, czy jakiejkolwiek innej debaty. Z drugiej strony jego political incorrectness pokazuje, że pewne rzeczy można mówić wprost nie stosując zawoalowanych i zakonspirowanych między wierszami form. Palikot w pewnym sensie kojarzy mi się z Kazikiem Staszewskim, który w swoich tekstach bezkompromisowo obnażał półprawdy, absurdy i hipokryzję.

Cóż, można dalej pytać czy wypada, czy się godzi stosować tak nieelegancką retorykę, jak Janusz Palikot itp. Z drugiej strony można postawić pytanie: co jest lepsze: kłamstwo i absurd podane w białych rękawiczkach, czy prawda w wydaniu z wypowiedzi posła? Albo konkretnie: jak zareagować na manipulację i kłamstwo byłej minister Gęsickiej? Potakiwaniem – czyli potwierdzeniem, że kłamstwo jest prawdą, czy też ciętą ripostą?

Rozważanie granic wolności wypowiedzi jest, jak najbardziej na miejscu. Problem jest jednak bardzo skomplikowany, bo i granica jest dość płynna. Tłumienie jej można interpretować, jako rodzaj knebla, który w imię demokracji zakłada się wolnemu słowu. Pozwalanie na wszystko jest z kolei przejawem głupoty. Niestety nie ma prostych odpowiedzi.

Odbiegłem trochę od tematu głównego, którym miało być blogowanie jako takie. Wydaje mi się jednak, że przykład blogu niepokornego posła z Lublina dobrze pokazuje, czym jest taki internetowy pamiętnik. Każdy może wyrazić swoje poglądy, przekazać światu istotne dla niego rzeczy. Dobry to pomysł, choć w zasadzie jest niczym więcej, jak nowoczesną formą tego, co kiedyś zawierało się sztambuchach, pamiętnikach, dziennikach. Podstawowa różnica to zasięg: zeszyt mógł przeleżeć w szufladzie, a blog gdy kliknie się “publikuj” jest dostępny na krańcach świata.

Mała nowość!

16/01/2009 by gdak

W bocznym panelu po prawej stronie, gdzie znajduje się archiwum dodałem kilka linków do blogów, które ostatnio odkryłem. Szczególnie polecam dwa: “Blindspot” i “Ćwiczenia z patrzenia”. Oba są pisane przez fotoedytorki “Gazety Wyborczej” – Panie: Kingę Kenig i Beatę Łyżwę-Sokół. Znajdziemy w nich mnóstwo dobrych zdjęć, które często nie zostały nagłośnione i świetny obraz pracy fotoedytora dużego dziennika.

Oprócz tych blogów, dodałem jeszcze linki do  2 innych. Również można się z nich wiele dowiedzieć i czytanie/oglądanie nie będzie stratą czasu.

Nie mogę nie wspomnieć o odnośnikach do trzech zaprzyjaźnionych z moją stron: wszystkie polecam jednakowo.

“Nowy” Rok?

13/01/2009 by gdak

Nowy rok szaleje od dwóch tygodni a mi nawet nie przyszło do głowy uczcić go jakimś specjalnym wpisem w Nieregularniku. Nie było (i nie będzie) podsumowań, rachunków sumienia, przyrzeczeń bo i po co? Kolejny rok jest niczym więcej niż zmianą daty w kalendarzu, czy też samego kalendarza. Fakt, latka lecą i kolejne groźnie straszą na karku, ale czy jest się czym ekscytować, póki 70-tka nie stuknęła?

Bez względu na datę i tak wszystko płynie, ewoluuje i rozwija się (ewentualnie subiektywnie cofa). Nie widzę powodu by to zjawisko eskalować, opiewać czy protestować przeciw niemu. Wbrew mojej naturze ze stoickim spokojem przeszedłem do kolejnego Anno Domini 2009.

Właśnie przyszło mi do głowy, że sam fakt, iż zdecydowałem się przełamać zmianę w kalendarzu nowym wpisem, jest zaprzeczeniem tego, co powyżej napisałem. Jakaś magia liczb czy ki diabeł? A może po prostu afirmacja własnego istnienia w “nowej” rzeczywistości, jaka by ta nowość nie była. Tak czy siak, wszystkim u początku tego, co będzie, a co niepewne, jak całe nasze życie najlepsze życzenia :)

Mózg i sztućce

08/12/2008 by gdak

...

W ostatnich dniach zdarzyło mi się zrobić zdjęcie, które zamieściłem obok. Bardzo ciekawa była reakcja tych, którzy je oglądali. Jedni byli zniesmaczeni, innym się podobało. Najliczniejsza grupa odbiorców nie wyraziła swojej opinii wcale. Ten ostatni fenomen zastanowił mnie najbardziej. Można sobie pomyśleć: bardzo uderzyłem w ich poczucie estetyki, ale nie chcieli urazić autora. Naprawdę nieliczni doszukali się w zdjęciu jakiejś koncepcji, a może nawet metafory. Nikt nie zakwestionował kompozycji , czy też sposobu wykonania fotografii. Miałem przedziwne wrażenie, że prostym kadrem z gumowym mózgiem w roli głównej złamałem jakieś tabu. Szczerze pisząc jestem tym faktem zaskoczony. Tym bardziej, że zdjęcie nie jest ani bardziej szokujące niż obrazki z wiadomości telewizyjnych, ani staszne niczym horror.

Znowu ocieramy się o problem dosłowności. Gdybym sfotografował np. zwłoki mielibyśmy do czynienia ze skrajnymi emocjami, które najprawdopodobniej zostałyby wyartykułowane przez dużą liczbę odbiorców. Ba, jeżeli zdjęcie spełniałoby odpowiednie kryteria, mógłbym wysłać je na konkurs fotografii prasowej.  A tak mamy umowne przedstawienie pewnego skrawka rzeczywistości, które w większości przypadków nie trafiło na żaden grunt interpretacyjny. Moje intencje nie zostały odczytane w ogóle, nie licząc wyjątków.  Wnioski, jakie się rodzą są dwojakie: albo metafora jest nieczytelna, albo przeraża forma. Gdybym umieścił tu i ówdzie, jakiś piękny widoczek wywołałbym reakcję zachwytu, która ograniczona zostałaby do stwierdzeń typu: “piękne”, “powalające”, “cudowne”. Możemy to obserwować codziennie w portalu Nasza Klasa. Nieskończone – najczęściej fałszywe – wzdychanie nad tą i tamtą, nie wnoszące nic do zaprezentowanej treści.

Sam się dziwię, że się dziwię… Nie dociera do mnie fakt, że wszystko, co nas otacza można odbierać tylko na poziomie wspomnianej już dosłowności. Pewnie dlatego, źle się sprzedaje poezja a galerie świecą pustkami…

Na koniec, chcę jeszcze napisać, iż nie twierdzę, że zaprezentowana wyżej fotografia, to jakieś wielkopomne dzieło. Raczej eksperyment, którym chciałem unaocznić zjawisko. Celowo umieściłem ją w kilku miejscach, bo bardzo byłem ciekawy rekacji odbiorców. Spełniła dobrze swoją rolę.