Archiwum z czerwiec, 2008

Gdybym miał chociaż sztachetę ;)

30/06/2008

Niemcy-Hiszpania 0:1! Wiem, jest to powszechnie znana informacja ;-) Rzecz w tym, że jako fan drużyny niemieckiej od mundialu w 1986 r., pierwszy chyba raz nie jestem zasmucony wynikiem. Nie dlatego, że kocham Hiszpanów… Zresztą Niemców też nie kocham, bo byłoby to uczucie nieadekwatne: po prostu darzę ich mieszanką szacunku, podziwu (za Beethovena, Heideggera, Hessego i wielu innych) i sympatii, która bierze swój początek w roku 1988, kiedy chodziłem przez 6 miesięcy do niemieckiej szkoły. Ale wróćmy do meczu. Wielkim fanem piłki nożnej też nie jestem. Telewizor był włączony owszem, ale ja siedziałem przed komputerem zajmując się dopieszczaniem galerii na tej stronie, nasłuchując tylko czy nie padła bramka. Po co więc o tym piszę? Ano po to, by wyrazić do końca myśl z początku tego wpisu: należało się Hiszpanii jak psu buda, po 44 latach grania dobrego futbolu bez tytułu ME ;-) Tyle… Dotarliśmy do końca tej, dość dygresyjnej wypowiedzi…

PS. Górnicy Katowickiego Holdingu Węglowego chcą 10-cioletniej gwarancji zatrudnienia w zamian za zgodę na debiut spółki na Giełdzie Papierów Wartościowych. …A jak nie to bryłą węgla w okno prezesa holdingu, sztachetą w oddziały prewencji, farbą w Kancelarię Prezesa Rady Ministrów… A że siła ich większa niż pielęgniarek, to i pewnie pojawią się odgórne decyzje polityczne psujące rynek. No i jak to się ma do jego niewidzialnej ręki?

Polityka mnie nie rusza?

27/06/2008

Pojawiły się narzekania niektórych czytelników niniejszej twórczości, że zbytnio traktuje ona o polityce. Jedne były wyrażone wprost, w bezpośrednim kontakcie ze mną, inne zaś w zawoalowanej formie pojawiły się w komentarzu o wszystko mówiącym tytule: “Polityka mnie nie rusza” ;-) Muszę zmartwić drogich narzekających – jak wspomniałem we wpisie czwartkowym zjawiska polityczne zawsze bardzo mnie zajmowały. Ba, nawet uważam, że obywatel państwa takiego, czy innego ma obowiązek orientować się w tym, co dzieje się na scenie politycznej, by dokonać dobrego wyboru w głosowaniu do parlamentu, samorządów, czy na prezydenta. Truizmem – zapewne oprotestowanym przez niektórych czytelników – będzie stwierdzenie, że od naszych wyborów przy urnie zależy los tego kraju. I nie przekona mnie żadna forma podważania tego faktu. Żeby nie być jednak jednostronnym, muszę przyznać, że nie każdy musi pasjonować się polityką. Nad tym akurat nie ma dyskusji. W związku z tym mogę obiecać, że postaram się nie ograniczać tylko do felietonów politycznych i będę szukał inspiracji do tej części mojego serwisu także w innych odsłonach rzeczywistości. Wczoraj pojawił się głos: “napisałbyś coś o fotografii, estetyce w fotografii, problemach światła i cienia”. Przyznać muszę, że jest to kusząca propozycja, choć przypuszczam, że dość trudna w realizacji. Żeby prowadzić teoretyczny, sensowny dyskurs o estetyce potrzeba sporej wiedzy z zakresu filozofii, sztuk pięknych, historii sztuki czy nawet psychologii. Nie jest zaś moją intencją tworzenie grafomańskich pseudotraktatów z tej dziedziny. Nic to, skoro kości zostały rzucone postaram się przemyśleć temat i odrobić zadanie domowe. Właśnie nasunęło mi się, że przecież nikt nie oczekuje ode mnie ontologicznych elaboratów. Może wystarczy odrobina poetyki? Zobaczymy! Za wszelkie uwagi w tym miejscu dziękuję – są cenne i zmuszają do myślenia :-)

Polityka

26/06/2008

Za Arystotelesem muszę przywołać termin homo politicus i przyznać rację stwierdzeniu, że człowiek jest istotą stworzoną do życia w państwie. Niestety w dzisiejszym świecie samo słowo polityka, ma zasadniczo pejoratywne znaczenie. Nawet ja czuję czasem zażenowanie, choć polityką interesuję się praktycznie od dziecka, a dokładniej od 7 klasy szkoły podstawowej kiedy to będąc na lekcji WOS-u podpowiadałem starszym kolegom na kartkówce z tego przedmiotu. Niestety  muszę też przyznać, że wysoki poziom moralny jest na naszej scenie politycznej ewenementem. Dziś o niesmak przyprawił mnie Jarosław Kaczyński, który z rozbrajającą szczerością przyznał, iż widział na początku lat 90-tych dowody na to, że Wałęsa był Bolkiem, nie zareagował jednak, bo – tu uwaga – ówczesny prezydent był potrzebny jego środowisku do zdobycia władzy. Pozwolę sobie przywołać też wytłumaczenie dla tego rzekomego milczenia: “krótko mówiąc: z punktu widzenia tego, czym kierować się powinien polityk, tj. realizacji celu, byłoby to postępowanie całkowicie bezrozumne”. Idealista, powiesz o mnie drogi czytelniku! Nie wiedziałeś, że tak właśnie wygląda brudny świat polityki – dodasz. Cóż, powiem szczerze i  wbrew utartej w społeczeństwie identyfikacji polityki z szambem, czy innym błotem, że makiaweliczne jej traktowanie uważam za niezgodne z jej istotą i podstawowym wyznacznikiem, jakim powinna być służba państwu. Już słyszę Wasze ironiczne chichoty i widzę sardoniczne zmarszczki mimiczne na twarzy ;-) By przewrotnie utwierdzić Was w sceptycyzmie przywołam jeszcze jedną dzisiejszą informację. Rumuńscy parlamentarzyści wymyślili ustawę, która nakazuje mediom w równych proporcjach podawać informacje złe i dobre. Pomysł – można dojść do wniosku – z poprzedniej epoki. No może nie do końca, wszak na złe informacje było prawie całkowite embargo, jeżeli już się pojawiały to dotyczyły “zgniłego Zachodu”. Czyż to nie piękne? W obliczu prawa można by uprawiać propagandę sukcesu, zapominając o tym, że fakt, czy też szerzej: informacja, nie jest w swej istocie zły lub dobry – po prostu wystąpił i rolą mediów jest przekazanie go. Jaką puentę odnajdę w powyższych dwóch pozornie nic nie znaczących informacjach? Ano naiwną – polityka, że przywołam ponownie Arystotelesa, ma swój cel, jest nim dobro wspólne. Jeżeli ten, który ją uprawia nie dąży do niego, nie zasługuje na miano polityka, będzie tylko cynicznym populistą, żądnym władzy.

PS. Na koniec dodam, iż nie wierzę, że Kaczyński widział dowody na to, że Wałęsa był Bolkiem.

PS2. Rumuni nie będą mięli wyżej opisanej ustawy medialnej – wygrał zdrowy rozsądek.

Szmatorama?

25/06/2008

Każą mi pisać ;-) A ja spokojnie chciałem zrobić lifting warstwy graficznej strony. Oczywiście, jak widać nie udało się, skoro czytacie te słowa, a wizualnie serwis nadal wygląda identycznie, jak poprzednio. Jeżeli już poświęcam czas stronie edytorskiej, tym którzy nie widzieli napiszę jeszcze, że odświeżyłem sekcję z linkami. Pojawiły się nowe (szczególnie polecam Imaginarium – galerię obrazów Jacka Wróbla). Nie sposób nie napisać (narażając się przy tym rzeszy moich rodaków), że Niemcy wygrały 3:2 z Turcją. Cieszy mnie ten fakt, choć wiem, jak zostanie on przyjęty przez opinię publiczną. Poprzednim razem pisałem o kazusie Lecha Wałęsy. Okazuje się, że nowy tydzień nadal odbija echa jego sprawy. Przy okazji przyszła mi do głowy taka oto konstatacja, że od co najmniej 2 lat nie obserwujemy w Polsce w miesiącach wakacyjnych tzw. sezonu ogórkowego. Ciągle coś się dzieje: jak nie taśmy Beger i seksafery, to sprawa Bolka. Dziennikarze mają bardzo ułatwione zadanie i nie muszą mówić, czy pisać na siłę o dziurach w jezdni spowodowanych upałami. Oczywiście są wyjątki! Sztandarowym jest program informacyjny TVP3 w Lublinie. Tam cały rok wieje nudą i średnio raz w tygodniu, czy tego chcemy czy nie, oglądamy reportaże (daleko idący eufemizm) znad granicy z Ukrainą, bądź lubelskiego schroniska dla psów. Zabrzmi to nieelegancko, ale nie od parady w światku dziennikarzy w moim mieście ten program został przechrzczony na “Szmatoramę”. Najlepsze, że lubelska telewizja, skostniała w swej formie, od lat raczy nas informacjami mało istotnymi pomijając, jakże często te naprawdę ważne. I tylko nasuwa się refleksja, że taka telewizja regionalna, jaka publiczna i dalej: taka publiczna, jakie jej władze, a takie władze, jakie namaszczenie polityczne. Trudno – potrafię żyć bez przekazu audiowizualnego z mojego miasta, choć jakże bym się cieszył gdyby miał on choć cień profesjonalizmu. Może tyle, bo “Panowie Redaktorowie”, się obrażą (pod warunkiem, że tu zajrzą, co graniczy zresztą z cudem). Dobrej nocy życzę wszystkim, tudzież dnia, jeżeli przeczytacie to w innym terminie. A… i jeszcze przepraszam za wielowątkowość, która graniczy z chaosem. Tak wyszło ;-)

Bolek?

21/06/2008

Od kilku dni jednym z przewodnich tematów w mediach jest dyskusja wokół książki Cenckiewicza i Gontarczyka na temat rzekomej współpracy Lecha Wałęsy z SB. I nie byłoby w tym tak naprawdę nic szczególnego – wszak niczym bumerang wracają, co jakiś czas oskarżenia, iż były prezydent był TW “Bolkiem”, gdyby nie fakt, że całe poruszenie, niczym w soczewce skupia dwie spolaryzowane wizje Polski i polskiej demokracji. Na pierwszym biegunie mamy twórców i piewców IV RP – tworu pokracznego, który otrzymał żółtą kartkę w poprzednich wyborach. Wałęsa dla nich jest synonimem wszystkiego co złe: Magdalenki, grubej kreski, żydokomuny i innych epitetów, które pojawiają się na fali frustracji, że III RP pomimo swych wad jednak się rozwija i nie chce ustąpić miejsca nowej wizji państwa w ujęciu Kaczyńskich i Rydzyka (wiem, wiem: duże uproszczenie, ale oddające sens). Po drugiej stronie obserwujemy apologetów tego, co nazywamy III RP z oskarżanym o współpracę Wałęsą na czele. Osaczony pseudonaukowymi argumentami twórca Solidarności niestety w tym starciu staje się coraz bardziej pokiereszowany. Wiąże się to niestety z sięgnięciem po niezbyt elegancki arsenał słów i zachowań, jakie pamiętamy z lat 1990-1995, kiedy to sprawował najwyższy urząd w państwie. Przyznam, że nie jestem zwolennikiem sposobu obrony własnego imienia, jaki uprawia Wałęsa. Z drugiej jednak strony potrafię współczuć człowiekowi, który całe swe życie postawił na kartę służby Polsce i gdy ta służba nie wymaga już heroizmu spotyka się z oskarżeniami frustratów, którzy z Polski uczynić chcą mentalny i polityczny zaścianek Europy. Daleki jestem od doszukiwania się w otaczającej rzeczywistości spisków, jednak tylko nieuważny obserwator wydarzeń w naszym kraju nie odnalazłby w momencie i sposobie opublikowania książki pewnej niedobrej metodyki. Rocznica przyznania Wałęsie Nobla, Urbański na stołku prezesa telewizji publicznej u schyłku swych możliwości reklamujący jeszcze nie wydaną książkę, wreszcie prezydent RP udzielający wywiadu, w którym wyraża pewność, że Wałęsa był Bolkiem (potem pewność studząc, ale któż o tym słyszał?). Polska demokracja jest dość szybko rozpędzoną dynamiką. Wizjonerzy kolejnej, czwartej odsłony Rzeczpospolitej, w ogniu dzikiej lustracji widzą panaceum na wszelkie zło, jakie panuje w naszym kraju (jak zresztą w każdym innym), tylko czy to jest droga rozwoju dla Polski? Wątpię.

Cuda się jednak zdarzają

19/06/2008

2 dni temu rozwodziłem się nad faktem małego prawdopodobieństwa wystąpienia cudu. I proszę, już dziś mogę się pochwalić, że byłem świadkiem takowego. Wystąpił co prawda w skali mikro i dotyczył dość mało znaczących wydarzeń. Ba, można by nawet bez najmniejszych problemów doszukać się w tym wszystkim zwykłego zbiegu okoliczności. Otóż dzwoniłem przed chwilą (nie w swoim imieniu) do Biura Obsługi Klienta, konkurencyjnej (wobec mojego miejsca pracy) sieci komórkowej. Historia kontaktów z tym call centre uzbroiła mnie, przed naciśnięciem “zielonej słuchawki” w cierpliwość wystarczającą na minimum 20 minut oczekiwania. Mało tego: przygotowałem się, na podstawie wniosków z poprzednich kontaktów na totalnie nieprzygotowanego merytorycznie konsultanta, z którego niczym sęp Prometeuszowi wątrobę, wyrywałbym interesujące mnie informacje. Jakież było moje zdziwienie: dodzwoniłem się w kilkadziesiąt sekund, a Pani okazała się niezwykle kompetentną osobą. Zdarzyło się to pierwszy raz w mojej historii wchodzenia w interakcje z tą instytucją i muszę szczerze napisać, że było niezwykle miłym uczuciem :-) . I tylko niedobry jest fakt, że o takich rzeczach pisze się na blogu i to w kategoriach niezwykłości, pomieszanej z magiczną aurą satysfakcji z rozmowy, którą się przeprowadziło. Przecież tak powinno być zawsze! Nic to, nie narzekajmy, może to ta jaskółka, która jednak czyni wiosnę. Pozdrowienia dla miłej Pani :-)

“Trzymam szaleństwo na uwięzi”

18/06/2008

Tydzień osiągnął półmetek w szaleńczo-neurotycznym tempie. Nie wiadomo, co przyniesie następny dzień, nie mówiąc o dalszej perspektywie. Motto towarzyszące różnorakim wydarzeniom, które dotykają mnie osobiście, jak i osoby, z którymi mam przyjemność pracować brzmi: “należy się przyzwyczaić, do tego, że do niczego nie można się przyzwyczajać”.  I chyba jest w tym samozaprzeczającym się stwierdzeniu głęboka prawda, która sięga nie tylko codziennej, prozaicznej rzeczywistości pracy, wykonywanej przez nas. Da ją się wyekstrapolować na dużo szerszy skrawek tego, co w życiu jest naszym udziałem. Za wszelką cenę próbujemy wprzęgnąć rzeczywistość w koła zamachowe naszych planów i wizji. A gdy już zamienimy tę dziwną sieć zależności w poczucie bezpieczeństwa, okazuje się, jak często niewiele od nas zależy. I choćbyśmy nie wiem, jak tupali nogą – nawet niekoniecznie we własnej sprawie – i tak przyjdzie nam zmierzyć się z deterministycznym jękiem zawiedzionych nadziei, czy bezwarunkowym grymasem zwykłego współczucia dla tych, którzy niekoniecznie będą szczęśliwi ze zmian, które ich dotykają. I chyba należy za ewangelistą Mateuszem powtórzyć słowa Chrystusa: “Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną.”

Cudu nie było

17/06/2008

Cud ma to do siebie, że występuje na tyle rzadko, iż mamy wrażenie, że to, co go obejmuje nie mogło się zdarzyć. Jeśli wprzęgniemy w rozważanie nad nim rachunek prawdopodobieństwa, szybko się okaże, że nadzieja na wystąpienie zjawiska, które nosi znamiona cudu w gruncie rzeczy jest zbiorową terapią, mającą na celu leczenie się z różnej maści kompleksów. Łatwo się domyślić, że biję do wczorajszego meczu. Cud się nie zdarzył, pomimo faktu, że rzeczywistość zaklinało z grubsza ponad 30 milionów obywateli tego kraju. Wszystkiemu winien Howard Webb, który podyktował rzut karny w meczu z Austrią powie wielu, zapominając o fakcie, że gol brazylijskiego Polaka, bądź polskiego Brazylijczyka wpadł po ewidentnym spalonym. I znów będziemy narzekać, doszukiwać się spisku rządzącego światem (piłki?). Na jednym z blogów przeczytamy nawet, że Chorwaci zrobili nas w konia, nie odpuścili bowiem meczu (choć wystawili mocno rezerwowy skład). Pojawią się gorzkie wnioski: jaki to Leo jest zły i jak słabo zmotywował naszą drużynę. Z bohatera narodowego najpewniej popadnie w niełaskę. Opuszczone kciuki zebranych  w narodowym Koloseum wydadzą wyrok. Niektórzy przypomną sobie: został jeszcze Kubica. Inni niczym Stańczyk smutno spuszczą głowy. Oczywiście wraz z tą narodową tragedią nie nastąpi koniec świata. Jęki zawiedzionych szybko umilkną, po czym – do następnych mistrzostw – polska piłka będzie kojarzyć się ponownie tylko z aferami korupcyjnymi i zgrają działaczy z PZPN-u. A jednak rodzi się smutna konstatacja dotycząca wspólnych uniesień, czy też pragnienia przeżywania wielkich chwil w polskim narodzie. Papieża Polaka na tym świecie już nie ma, Małysz skacze niezbyt daleko, piłkarze znowu zawiedli… Czy synonimem narodowego szczęścia będzie bolid Formuły 1?

Na początek

15/06/2008

Obraz przemawia bardziej niż tysiąc słów mówi pewna maksyma. Zapewne wiele w tym prawdy, którą potwierdza również fakt szybkiego ewoluowania kultury, którą coraz częściej możemy nazwać obrazkową. Wstęp ten będzie jednak z gruntu przewrotny. Jadąc autobusem w dniu dzisiejszym wpadłem na pomysł, by wykorzystać swoją świeżutką stronę również do słownej publicystyki, która to długi czas przed zainteresowaniem się fotografią, była moim głównym środkiem wyrazu. Nie będzie to blog i związana z nim regularność dokonywania wpisów. Znam na tyle swoje samozaparcie w tworzeniu form cyklicznych, że mogę obiecać Wam wręcz -  Czytelnicy – nieregularność, która przejawiać się będzie również w tytule tej “krótkiej formy czadowej” ;-) Druga rzecz, której za wszelką cenę chcę uniknąć, to powiązanie tematyki tutejszych wpisów li tylko z fotografią, która jest, jakby na to nie patrzeć główną tematyką, tego serwisu. Otóż druga – po nieregularności – obietnica brzmi: jeżeli jakieś zjawisko dotknie mnie na tyle, bym poczuł przymus wyplucia z jaźni paru zdań, uczynię to w tym miejscu. Nie będę przedłużał, co by Was nie zniechęcić. Każdy, kto ma ochotę może tu zajrzeć i przeczytać, czy mam coś sensownego do powiedzenia. Póki co nie planuję, z powodów logistycznych stworzenia możliwości dodawania komentarzy w tym miejscu. Jeżeli ktoś zapragnie jednak skomentować, któreś ze słów, zdań lub przecinków (co zresztą jest niezmiernie mile widziane) może to uczynić w Księdze Gości.