Patrząc na polską lewicę w różnych konfiguracjach mam od dawna nieodparte wrażenie, że źródłem jej kłopotów są problemy z tożsamością. Nie pomaga nawet odmłodzenie kadry kierowniczej SLD. Jego przywódcy, jak nie mieli pomysłu na to, w którą stronę ciągnąć swój wózek, tak ciągle nie są nawet bliscy odnalezienia kierunku. I niech nie zwiedzie nikogo homagium, jakie złożył Grzegorz Napieralski premierowi Hiszpanii Jose Zapatero. Pomimo deklaracji budowania europejskiej lewicy, nadal mamy do czynienia z tworem w stanie agonalnym, którego przy życiu sztucznie podtrzymuje respirator znanych nazwisk. Można się zastanawiać dlaczego młodzi ludzie pokroju Olejniczaka, czy Napieralskiego nie potrafią czerpać z wzorców zachodnich. Nie są przecież obciążeni przeszłością i w życiorysach mają o wiele czystsze karty niż wielu starszych kolegów. Odpowiedź na to pytanie nasuwają działania Napieralskiego zaraz po jego wyborze na szefa SLD. Niczym tonący brzytwy chwycił się antyklerykalnej retoryki, która ma prawdopodobnie na celu obłaskawienie coraz bardziej zniecierpliwonego elektoratu zrekrutowanego spośród byłych działaczy PZPR i funkcjonariuszy aparatu opresji PRL. Wraz z nastaniem rządów najpierw PiS-u potem PO zaczęli oni widzieć przed sobą przyszłość w mniej czerwonych kolorach. Perspektywa utraty przywilejów wzbudziła zaś jeszcze większą niepewność. I oto nowy przewodniczący Sojuszu zaraz po wyborze zaczyna mówić znajomym kodem. Niejako składa obietnice: nic wam się nie stanie, tylko mi zaufajcie. Skąd taka interpretacja jego słów? Ano stąd, że nijak nie mogę inaczej zrozumieć sprowadzenia lewicy na polskiej scenie politycznej tylko do tworu mającego w statucie walkę z Kościołem. W głowie mi się nie mieści, że dość inteligentny człowiek, jakim jest Napieralski skazuje swą formację na polityczny niebyt wkładając ją w formę rodem z “Faktów i Mitów”. Żeby bardziej pokomplikować sytuację należy podjąć się jeszcze próby zinterpretowania ciążenia szefa SLD w kierunku PiS-u. Mamy tu do czynienia z przemyślaną taktyką. Nie bardzo jednak wiadomo, co chce ugrać Napieralski. W ostatecznym rozrachunku wzmacnianie pozycji PiS-u poprzez pozostawienie status quo w telewizji publicznej zaprowdzić może tylko do zatopienia SLD. Bardzo symboliczne jest w tym kontekście wyłamanie się w głosowaniu nad ustawą medialną posłów Kalisza i Olejniczaka. Gdzie jednak zaprowadzą polską lewicę najbliższe miesiące pod rządami nowego przewodniczącego tego nie wie nikt. Albo jest genialnym strategiem, albo grabarzem swojej formacji. Mam wrażenie, że jednak to drugie.
Archiwum z lipiec, 2008
Grabarz polskiej lewicy?
28/07/2008Stary niedźwiedź wcale nie śpi
28/07/2008Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało notę, w której protestuje przeciwko zrównaniu komunizmu z faszyzmem. Analogii między dwoma totalitaryzmami doszukał się prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush. Zapewne z lewej strony posypią się za chwilę różnorodne oceny polityki samego Busha i mniej lub bardziej słuszne porównania z sytuacją sprzed ponad 60 lat. Chciałbym jednak uniknąć oceny postaci prezydenta USA i skupić się na samej jego wypowiedzi. Czyż porównanie obu najbardziej złowrogich ideologii XX wieku nie jest adekwatne? Czy nie jest postawieniem kropki nad i w świecie, który przemilczał i przemilcza zbrodnie komunizmu, po zmianach jakie nastąpiły w Rosji w latach 90-tych? O wiele łatwiej było potępić faszyzm: jako ideologia państwowa zakończył de facto swój żywot w 1945. I choć próbował podnieść głowę tu, lub tam, nigdy nie był w stanie się odrodzić z siłą, która zagrażałaby światu. Tymczasem w przypadku komunizmu musiało być utrzymywane pewne status quo, które skutkuje przemilczaniem jego zbrodni na arenie międzynarodowej. Wielki niedźwiedź w postaci Rosji, skutecznie stoi na straży swoistej schizofrenicznej historiografii, która niby mówi o zbrodniach Stalina, a z drugiej strony przebóstwia go jako zwycięzcę w walce z faszyzmem. Jest to poltyka dawkowania prawdy o epoce sowieckiej. Świat i sami Rosjanie od czasu do czasu dostaje ochłapy potępienia zbrodniczej ideologii. Częściej jednak mamy do czynienia z postawą, jak ta w odniesieniu do Katynia. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo “ludobójstwa nie było”, jest mantrą którą wypowiadają Rosjanie. Oczywiście można ich zrozumieć. Tak naprawdę ich tożsamość narodowa, budowana od podstaw po upadku Związku Radzieckiego zasadza się na kuriozalnej hybrydzie wewnętrznych sprzeczności. Oto mamy Matkę Cerkwię po jednej stronie i wielką Armię Czerwoną po drugiej. Dopóki Rosjanie nie odłożą na bok aresnału imperialnych ambicji i z pokorą nie zaczną patrzeć na cały miniony wiek, każda kolejna próba potępienia komunizmu będzie kończyła się notami protestacyjnymi. Gałąź, na której “siedzi” cały naród rosyjski jest mocno spróćhniała i nie daje nadziei na to, że zostanie zbudowana na niej nowa jego tożsamość. Należy więc się przyzwyczaić, że niedźwiedź będzie porykiwał. Innego sposobu komunikacji ze światem, który uważa za wrogi nie zna.
Stańczyk z Rejtanem na gigancie
23/07/2008Chyba nie umiałbym przemilczeć dzisiejszej awantury w Sejmie. Ponad 100 posłów PiS niczym kibole na meczu Wisły Kraków z Cracovią paraliżuje posiedzenie komisji regulaminowej. Ma ona zarekomendować odebranie immunitetu Zbigniewowi Ziobrze. Niestety nie znajduję we współczesnym słowniku języka polskiego adekwatnego określenia dla tych wydarzeń. Przychodzą mi do głowy raczej archaizmy. Hucpa na przykład, czyli bezczelność tupet i arogancja. Myślę, że nadaje się świetnie. Żenada: etymologia francuska ale jakże bliska prawdzie. Warcholstwo, czyli sianie zamętu. Można mnożyć i mnożyć określenia nawet do rana. Próbuję przy tym nazwać, co czuję czytając i oglądając w telewizji ten żałosny kabaret? Samoobronie można było nawet jeszcze wybaczyć. Przecież rekrutowała się raczej z nieoświeconych edukacją i kulturą warstw społecznych. Wśród dzisiejszych krzykaczy z PiS-u mamy niestety ludzi, którzy biorąc pod uwagę różne cenzusy zasadniczo z kulturalnym i honorowym zachowaniem powinni mieć więcej wspólnego niż Lepper z Filipkiem. Beata Kempa: prawnik administratywista. Przemysław Gosiewski i Arkadiusz Mularczyk – prawnicy. Zbigniew Girzyński – doktor historii etc, etc, etc. I tylko głównego zainteresowanego brakowało – Zbigniewa Ziobro. Jak twierdzi, nie wiedział o zaplanowanym posiedzeniu. Stu kolegów i koleżanek posłów obecnych na nim, pewnie zapomniało mu powiedzieć. Patrzę i widzę Rejtana rozdzierającego szaty na obrazie Matejki. I jeszcze smutne oczy Stańczyka na innym obrazie. Chyba nic dodać, nic ująć? Bo i po co marnować więcej słów na taką żałość.
Makarony inwestują!
21/07/2008Dziś odbył się pogrzeb profesora Bronisława Geremka. Nie jest moim celem pisanie w tym miejscu epitafium na cześć zmarłego. Słów tego typu wypowiedziano dziś wiele, więc moje nic nie dodadzą Profesorowi, choć niewątpliwie należy on do osób, które darzę najwyższym szacunkiem. W tym dniu pełnym wielu pięknych mów zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to przemówienie Lecha Kaczyńskiego. Powiem to z pełną szczerością: nie spodziewałem się, iż usłyszę z ust prezydenta pochwałę cnót i dokonań Profesora. Byłem pewien, iż zamilknie on raczej, niż postawi na jego grobie taki laur. Choć nie przepadam za Lechem Kaczyńskim i stylem, w jakim sprawuje władzę, chwila w której wypowiadział zdanie o wielkiej intelektualnej klasie Geremka, była dla mnie ważna. Oracja prezydenta to dowód na to, jakiego formatu człowiekiem, politykiem i mężem stanu był Profesor. Dzieje się tak z tego prostego względu, że trudno określić Lecha Kaczyńskiego, jako przyjaciela zmarłego i powiernika jego idei. Druga rzecz jest mniej zaskakująca, bo zasadniczo można się jej było spodziewać. Ba, nawet oczekiwać. Mimo wszystko dziwi nie jako fakt, lecz jako postawa. Dzień po śmierci Bronisława Geremka “Nasz Dziennik” zamieścił krótką notkę biograficzną. Poza spójnikami, zasadniczo nie było w niej jednego pochlebnego słowa. Paszkwil, innych określeń nie znajduję. Nikogo to oczywiście nie dziwi. Od dawna wiadomo, jaki stosunek media toruńskie mają do wielu bohaterów naszej historii. I oto dziś, w dniu pogrzebu profesora, gdy Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej Tarcisio Bertone w imieniu Benedykta XVI przesyła telegram, w którym mówi o stracie, jaką niesie śmierć tego wielkiego człowieka. Gdy podczas homilii z ust arcybiskupa Gocłowskiego padają słowa o jego wielkim humanizmie, wspomniany “Nasz Dziennik” pisze na swoich stronach internetowych o inwestycjach firmy produkującej makarony. Niewygodnie jest pisać środowisku spod znaku Żwirki i Wigury, że papież, którego interpretuje ono według pokrętnej, często niechrześcijańskiej hermeneutyki wypowiada się dobrze o Profesorze. Kuje w oczy fakt, że mszę pogrzebową koncelebruje trzech biskupów. Wygodnie za to wysyłać w Polskę dr hab. Jerzego Roberta Nowaka (zwanego profesorem), który opluwa wszystkie autoryety (w tym Geremka). Prowadzić wojnę w imię Boga, ojczyzny i honoru. Tylko oręże w tej wojnie słabe, bo są nim mali ludzie pokroju Nowaka, którzy o honorze tylko czytali a za ojczyznę nie walczyli. Wyobraziłem sobie wagę, na której położono dokonania Bronisława Geremka i publicysty Radia Maryja. Choć ojciec dyrektor próbował dorzucić tonażu od siebie, spadł Jerzy Robert Nowak z szali i podnieść się nie może.
Europejskie? Miasto kultury!
20/07/2008Kilka dni temu napisałem o prowincjonalnym charakterze Lublina, który momentami wydaje mi się być bez polotu, zwłaszcza w zestawieniu z metropoliami pokroju Krakowa. Wczoraj miałem okazję uczestniczyć fragmentarycznie w imprezie, która zadaje kłam takiemu spojrzeniu. Festiwal Inne Brzmienia, bo o nim mowa dobrze pokazał, że przy odrobinie dobrej woli i wsparciu włodarzy miasta można zorganizować kulturalne święto na krajowym, a nawet międzynarodowym poziomie. Obserwuję bacznie to, co dzieje się w Lublinie i zaczynam szczerze wierzyć, że pretendowanie do miana Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku nie musi być marzeniem zakompleksionych prowincjuszy i czczą gadaniną. Przykład ostatnich miesięcy pokazuje, że przy wytężonej pracy Lublinian “2016″ może stać się faktem. Weźmy chociaż Festiwal Teatrów Europy Środkowej „Sąsiedzi”, który miał miejsce w czerwcu, czy Noc Kultury. Obie imprezy były swoistym wyjściem sztuki z salonów, teatrów, galerii na ulicę. Co więcej to wyjście nie zbrukało sztuki, nie sprowadziło jej do rynsztoka, ale dało jej większy, mniej snobistyczny krąg odbiorców. Nie przeceniam tychże ostatnich. Być może będą niedzielnymi koneserami. Jedno jest jednak pewne: zetknęli się na ulicy, którą codziennie przechodzą z czymś, co wykracza poza jej materialne ramy i powoduje głębszy namysł nad rzeczywistością. I choćby ten namysł był ulotną chwilą, sukcesem jest obopólna współpraca artystów, którzy nie pogardzili tłumem, w myśl maksymy: odi profanum vulgus i odbiorcami, którzy być może na te 5 minut nie patrzyli na artystów, jak na obłąkanych ekscentryków. Entuzjazm emanuje z tego wpisu i nie mam zamiaru nawet szukać przewrotnej puenty. Życzę dobrej nocy, tudzież dobrego dnia.
Nieregularnik zmienia oblicze
19/07/2008Postanowiłem dokonać outsource’ingu Nieregularnika na serwer zewnętrzny z kilku powodów. Pierwszy i zasadniczy to możliwość uporządkowania wpisów, które znajdują się w tej części mojego serwisu. Dzięki tej zmianie nie trzeba już przewijać całej strony, by dotrzeć np na jej sam dół. Wystarczy kliknąć datę i mamy intersujący na post. Dokonałem też kategoryzacji treści, które znajdują się w tym blogu, co jeszcze bardziej usprawni poruszanie się po nim. O wiele łatwiej będzie też panować nad systemem komentarzy. Liczę, że zmiany spodobają się Wam, Szanowni Czytelnicy. Pewnie najwięcej kontrowersji wzbudzi wygląd strony – planuję przetestować różne warianty i wybrać najlepszy.
Kraków z Hasselbladem w tle
14/07/2008Weekend dobiegł końca i większość z nas myśli już o następnym. Ja tymczasem postaram się zatrzymać czas i pokrótce opisać 2-dniowy wypad do Krakowa. W czwartek pisałem o hekatombie turystów i amatorów fotografii, jakich spodziewałem się zobaczyć w Małopolsce. Oczywiście niewiele się pomyliłem choć przyznam, że widok japońskiego fotografa ze średnioformatowym Hasselbladem w dłoni był naprawdę miły dla oka. Wychodząc naprzeciw potrzebie fotografowania w samotności zdecydowaliśmy się na pobudkę o 6-ej rano. Pomogło! Miasto o tej porze jest trudne do określenia: nie wiadomo do końca, czy już się budzi (dostawy do sklepów), czy dopiero zasypia (niedobitki podchmielonych imprezowiczów). Zdjęcia robiło się przyjemnie, choć o wiele lepsze efekty “artystyczne” przyniosła, dnia następnego ucieczka na mniej uczęszczane okolice Podgórza i tłoczny Kazimierz. O ile pierwszego dnia używałem swojego aparatu, o tyle w niedzielę przyszło mi się zmierzyć z dwoma lustrzankami Canona. Wrażenia, jakie wywołały poraziły mnie. Zapragnąłem w momencie przyspieszyć chwilę stania się posiadaczem bardziej zaawansowanego sprzętu. Można wręcz powiedzieć, że zakochałem się w nim. Wiem, że mało kogo spośród drogich czytelników to zainteresuje, ale obcowanie z Canonem 5D wywołało – bez żadnej przesady – techniczną ekstazę, poczucie trzymania w ręku dzieła sztuki. W te dni oprócz robienia zdjęć stała się też ważna rzecz. Zrobiłem swemu przyjacielowi skromną stronę internetową. Facet jest wg mnie prawdziwym artystą i jego dotychczasowa nieobecność w sieci od dłuższego czasu mnie męczyła. Kilka słów o nim: rocznik 1976, od wielu lat stara się mierzyć z rzeczywistością za pomocą różnych środków wyrazu: pisał, rysował, by wreszcie zacząć fotografować. Jego zdjęcia bardziej wyrażają rzeczywistość i ją kreują niż pokazują i odtwarzają. Zachęcam zainteresowanych do odwiedzenia strony Arka. Jej adres to: www.gabrus.eu. Weekend zakończył się szybko. Powrót do Lublina uświadomił mi kolejny raz, jak ważny jest dla mnie Kraków, jak dobrze się w nim czuję, jak byłbym w stanie żyć w oparach jego permanentnego smogu, dla oddychania pełną piersią atmosferą tego miasta. Choć kocham Lublin, krótkie chwile na południu Polski uwypukliły w moich oczach jego prowincjonalność i momentami brak polotu. Cóż, za czystsze powietrze trzeba płacić
“Ty człowiek jesteś?”
10/07/2008Jakiś czas temu lubelski ratusz kupił w willowej części Lublina trzy domy, do których przenieść się mieli mali podopieczni domu dziecka. Założenie było takie, by dzieci nie mieszkały w wielkim molochu rodem z poprzedniej epoki lecz, by im stworzyć warunki przypominające choć trochę rodzinę. Przeprowadzka do dwóch domów odbyła się bez przeszkód. Problem pojawił się jedynie na ulicy Kilińskiego. Powód: protest mieszkańców, którzy podawali następujące argumenty (za Gazetą w Lublinie):
“- dzieci bawiące się na ulicy będą powodować zagrożenie w ruchu ulicznym,
- sąsiedztwo domu dziecka spowoduje radykalne obniżenie wartości rynkowych naszych nieruchomości,
- władze miasta chcą oazę spokoju jakim jest Sławinek uczynić “miejscem codziennych interwencji policji”.
Powyższy cytat obrazuje wystarczająco bezduszność protestujących, ba powiedziałbym nawet, że jest wyrazem okrucieństwa, braku skrupułów i taka postawa powinna zostać napiętnowana. Nie mi osądzać ludzkie czyny, ale gdy czytam kolejny raz w prasie o tej sprawie, targają mną ogromne emocje. Nie wyobrażam sobie, że ci ludzie, jeżeli są wierzący idą w niedzielę do kościoła i przystępują do komunii, a w przypadku niewierzących mienią się przyzwoitymi i dobrymi. Dzieciom udało się wprowadzić w sierpniu zeszłego roku do nowego domu. W tym momencie jednak, rzeczona grupa 29 osób torpeduje remont placówki, bo jak pisze w liście do władz miasta: “nadal nie została obiektywnie rozstrzygnięta zgodność lokalizacji placówki opiekuńczo-wychowawczej przy ul. Kilińskiego z zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego i przepisami prawa budowlanego”. Zasadniczo nie ma potrzeby komentowania tego rodzaju zwyrodnialstwa – cały stosunek do postawy protestujących niech zasadzi się więc, współczuciem wobec ich własnych dzieci: mieć takich rodziców to wielki wstyd… Dzieciakom z Kilińskiego życzę, by na dalszej drodze życia napotykali osoby przyjazne i współczujące, oraz by ich obraz społeczeństwa nie został ukształtowany obcowaniem tylko z nieprzychylnymi sąsiadami.
Hekatomba
10/07/2008Jutro wyjeżdżam do Krakowa. Miasto to – jak niewiele podobnych, niesie ze sobą dla fotografa niezliczoną ilość inspiracji. Jest też jednak zagrożeniem, szczególnie dlatego, że ilość fotogenicznych zaułków jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fotografów i japońskich turystów, którzy na matrycy aparatu chcą umieścić wszystko, co wokół. Znam dobrze Kraków – mieszkałem w nim blisko rok. W związku z tym już próbuję wyobrazić sobie, co mógłbym sfotografować i w jaki sposób. I tu pojawia się problem. Ilekroć moja wyobraźnia podpowiada mi taki czy inny kadr, tylekroć mam nieodparte wrażenie, że ktoś już ubiegł mnie w niezliczonej ilości jego odsłon. Na szczęście znam też miejsca mniej obfotografowane, choć zdaje sobie sprawę, że i one właśnie ze względu na hekatombę fotografów stanowią nie lada wyzwanie. A może najzwyczajniej przestanę kalkulować, co chcę zachować w jpeg-u lub raw-ie i zdam się na magię chwili? Pewnie tak będzie. Boję się tylko, momentu w którym ta magia pryśnie, podczas oglądania na komputerze dorobku z weekendu i już czuję smak niezadowolenia ze zbyt szybkiego i nieprzemyślanego wyzwolenia spustu migawki. Postaram się nie czynić podobnych przedzałożeń. Niech rzeczy toczą się własnym torem
“(…)szamanije micha z roslin magickich”
06/07/2008Po latach zapomnienia powróciłem dziś do twórczości legendy czeskiego gotyku, zespołu XIII Stoleti. Ostatnimi czasy słucham samych starych płyt, bo jakoś na rynku nie znajduję, poza jednym wyjątkiem niczego, co poruszyłoby mnie na tyle, bym chciał niszczyć swój zmysł słuchu (muzyki słucham głośno i ze wzmocnionymi basami – inaczej nie potrafię). XIII Stoleti to grupa, która wywołuje we mnie mieszane uczucia: z jednej strony mamy do czynienia z dość śmieszną wampiryczną otoczką z wilkami na teledyskach zaśpiewaną, co najlepsze po czesku, z drugiej niezbyt odkrywczym gitarowym graniem mieszającym klimaty a la Sisters Of Mercy z metalem. Można by rzec po tym opisie: nic ciekawego. A jednak XIII Stoleti, to jeden z nielicznych zespołów, z którym podczas słuchania go, wyśpiewuję większość utworów – oczywiście po czesku
Do kultowych należą teksty: “Szamanije micha z roślin magićkich”, czy “Elizabeth twa krwawa cesta boł wichem-se zda”. Z nostalgią spoglądam na lata 90-te, kiedy to każdy tydzień, czy nawet dzień niósł w moim życiu “melomana” kolejne odkrycia i podniety w postaci ciarek przechodzących po plecach, przy takiej czy innej solówce gitarowej, lub przejściu na perkusji. I może w tym tkwi fenomen braku zachwytu nad muzyką z czasów obecnych? Czyżby przez siłę wspomnień właśnie, mogę słuchać w kółko jednej płyty, która premierę miała 10, czy 15 lat temu? Mimo wszystko jest mi przykro, że śladem innych ludzi, którzy zatrzymali się na pewnym etapie nie potrafię znaleźć czegoś dla siebie na obecnym rynku muzycznym. Jedynym wyjątkiem jest może płocki zespół Lao Che, który wydając w 2005 roku “Powstanie Warszawskie” rozkochał mnie w swoim cross-over’owym graniu i jeszcze do tego w samym wydarzeniu Powstania, które w czasie edukacji szkolnej było dla mnie zupełnie niezrozumiałym aktem samobójczym tysięcy młodych Polaków. Dziś za sprawą Żony odkryłem jeszcze brytyjski zespół Editors, który wystąpił na tegorocznym Open’er Festival. Światełko w tunelu chciałoby się pomyśleć. Problem tylko w tym, że zarówno Lao Che, jak i Editors swe muzyczne korzenie mają w tej samej epoce, w której ja wyrosłem. Czy można więc mówić o nich w kategoriach nowości lub świeżości? Zresztą po kiego grzyba kategoryzować. “Piękne jest to, co oglądane podoba się” mawiał Kant… I pięknie