Ponad 3 tygodnie minęło od ostatniego wpisu… Przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć o olimpiadzie (podczas ceremonii zamknięcia jednomyślnie z Żoną wypowiedzieliśmy z uśmiechem: “wreszcie”). Sytuacja w Gruzji nie zajmuje już codziennie pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Zdarzyło się kilka katastrof lotniczych. Płynie z tego wszystkiego brutalna myśl, że świat pędzi do przodu na tyle szybko, że kolejna zmiana wymusza zapomnienie o poprzedniej. I tylko przez głowę mi przyszło, gdy Rosja uznała niepodległość Osetii Południowej, że ten maraton w dziwny sposób biegnie ku III Wojnie Światowej. Być może zabrzmi to defetystycznie, ale nasuwają mi się analogie z latami 30-stymi ubiegłego stulecia. Ta myśl prowadzi – przejściowo na szczęście - do podskórnej utraty poczucia bezpieczeństwa. Za chwilę już biegnę w kierunku dramatu pod tytułem: co z nami będzie, w razie gdyby? Pomijam fakt, że nad horyzontem zachodniej gospodarki rozciąga się widmo recesji. Na szczęście na czarny czwartek, póki co się nie zanosi, choć mamy do czynienia z ewidentnym hamowaniem gospodarki (może za wyjątkiem chińskiej). Smaczku dodaje fakt, że w rejonach ropo i gazonośnych mamy przeplatankę terrorystycznej wojny podjazdowej z jednej strony i najazdu mocarstwa na nieposłuszne i dumne państwo z drugiej.
Niedawno oglądałem bardzo stary film dokumentalny o ostatnich miesiącach przed II Wojną Światową. Przedstawiono w nim tajne dokumenty ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Oba państwa, wbrew oficjalnym zapewnieniom o interwencji zbrojnej w obronie Polski w razie wojny, podjęły po cichu decyzję o tym, że Polsce nie pomogą. Dzisiejsza polityka zagraniczna nie różni się specjalnie od tej z czasów Nevilla Chamberlain’a i Édouarda Daladier. Dlatego pomimo oczywistej niechęci do obecnie urzędującego prezydenta Rzeczpospolitej przyjąłem bardzo pozytywnie, to co ucznynił i czyni w sprawie Gruzji. Oczywiście zaraz odezwały się głosy (o ironio głównie z lewej strony sceny politycznej), że Kaczyński rujnuje politykę zagraniczną. Owszem wypowiedział wiele ostrych słów, wiele z nich było politycznie niepoprawnych. Nie oszukujmy się: Rosja nie daruje nam ich. Tylko, że trzeba było stanąć w obliczu wyboru: wydać nic nieznaczącą notę dyplomatyczną, lub twardo opowiedzieć się po stronie państwa, któremu Rosja zadała gwałt. I nasuwa się następująca konstatacja: ci którzy dziś krzyczą o niszczeniu polityki zagranicznej, skutecznie uniemożliwili Polsce dywersyfikację paliw płynnych (zapominalskim przypomnę: zerwanie umowy z Norwegami przez rząd Millera). No i znaleźliśmy się w sytuacji, w której Rosja rzeczywiście może nam dopiec, w zemście za twardą postawę wobec agresji na Gruzję.
Dzisiaj słuchałem dwóch utworów z czasów Powstania Warszawskiego we współczesnym wykonaniu zespołu Armia. Oba są pewnie znane wszystkim: jeden to “Warszawskie dzieci” drugi “Pałacyk Michla” (dla zainteresowanych link: http://www.myspace.com/armiaband). Piosenki opiewają bohaterstwo młodych ludzi, którzy potrafili oddać życie w sytuacji próby. Bardzo jestem ciekaw, jak ta próba wyglądałaby w dzisiejszych czasach? Niech to będzie konkluzja krótkich rozważań o wojnie. Oby nie nadeszła!
Wszystkim, którzy dopatrują się we mnie zachowań paranoidalnych po przeczytaniu tego tekstu, uspokajam: wszystko ze mną w porządku, jeno skojarzenia mam czasem dość sugestywne