Archiwum z sierpień, 2008

III Wojna Światowa?

31/08/2008

Ponad 3 tygodnie minęło od ostatniego wpisu… Przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć o olimpiadzie (podczas ceremonii zamknięcia jednomyślnie z Żoną wypowiedzieliśmy z uśmiechem: “wreszcie”). Sytuacja w Gruzji nie zajmuje już codziennie pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Zdarzyło się kilka katastrof lotniczych. Płynie z tego wszystkiego brutalna myśl, że świat pędzi do przodu na tyle szybko, że kolejna zmiana wymusza zapomnienie o poprzedniej. I tylko przez głowę mi przyszło, gdy Rosja uznała niepodległość Osetii Południowej, że ten maraton w dziwny sposób biegnie ku III Wojnie Światowej. Być może zabrzmi to defetystycznie, ale nasuwają mi się analogie z latami 30-stymi ubiegłego stulecia. Ta myśl prowadzi – przejściowo na szczęście  - do podskórnej utraty poczucia bezpieczeństwa. Za chwilę już biegnę w kierunku dramatu pod tytułem: co z nami będzie, w razie gdyby? Pomijam fakt, że nad horyzontem zachodniej gospodarki rozciąga się widmo recesji. Na szczęście na czarny czwartek, póki co się nie zanosi, choć mamy do czynienia z ewidentnym hamowaniem gospodarki (może za wyjątkiem chińskiej). Smaczku dodaje fakt, że w rejonach ropo i gazonośnych mamy przeplatankę terrorystycznej wojny podjazdowej z jednej strony i najazdu mocarstwa na nieposłuszne i dumne państwo z drugiej.

Niedawno oglądałem bardzo stary film dokumentalny o ostatnich miesiącach przed II Wojną Światową. Przedstawiono w nim tajne dokumenty ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Oba państwa, wbrew oficjalnym zapewnieniom o interwencji zbrojnej w obronie Polski w razie wojny, podjęły po cichu decyzję o tym, że Polsce nie pomogą. Dzisiejsza polityka zagraniczna nie różni się specjalnie od tej z czasów Nevilla Chamberlain’a i Édouarda Daladier. Dlatego pomimo oczywistej niechęci do obecnie urzędującego prezydenta Rzeczpospolitej przyjąłem bardzo pozytywnie, to co ucznynił i czyni w sprawie Gruzji. Oczywiście zaraz odezwały się głosy (o ironio głównie z lewej strony sceny politycznej), że Kaczyński rujnuje politykę zagraniczną. Owszem wypowiedział wiele ostrych słów, wiele z nich było politycznie niepoprawnych. Nie oszukujmy się: Rosja nie daruje nam ich. Tylko, że trzeba było stanąć w obliczu wyboru: wydać nic nieznaczącą notę dyplomatyczną, lub twardo opowiedzieć się po stronie państwa, któremu Rosja zadała gwałt. I nasuwa się następująca konstatacja: ci którzy dziś krzyczą o niszczeniu polityki zagranicznej, skutecznie uniemożliwili Polsce dywersyfikację paliw płynnych (zapominalskim przypomnę: zerwanie umowy z Norwegami przez rząd Millera). No i znaleźliśmy się w sytuacji, w której Rosja rzeczywiście może nam dopiec, w zemście za twardą postawę wobec agresji na Gruzję.

Dzisiaj słuchałem dwóch utworów z czasów Powstania Warszawskiego we współczesnym wykonaniu zespołu Armia. Oba są pewnie znane wszystkim: jeden to “Warszawskie dzieci” drugi “Pałacyk Michla” (dla zainteresowanych link: http://www.myspace.com/armiaband). Piosenki opiewają bohaterstwo młodych ludzi, którzy potrafili oddać życie w sytuacji próby. Bardzo jestem ciekaw, jak ta próba wyglądałaby w dzisiejszych czasach? Niech to będzie konkluzja krótkich rozważań o wojnie. Oby nie nadeszła!

Wszystkim, którzy dopatrują się we mnie zachowań paranoidalnych  po przeczytaniu tego tekstu, uspokajam: wszystko ze mną w porządku, jeno skojarzenia mam czasem dość sugestywne :P

Sandomiersko-lubelskie narzekania

11/08/2008

Pomimo szwagrowego wieszczenia udaliśmy się w sobotę w podróż do Sandomierza. Przepowiednia dotyczyła oczywiście pogody, czy raczej potencjalnego jej braku. Rzeczywiście Sandomierz powitał nas stalowoszarym niebem, które zrodziło nieszczęśliwie mżawkę. Ostatni raz w tym mieście byłem w podstawówce. Pamiętałem tylko obrazy z Rynku, ze studnią w roli głównej. Studnia okazała się inna, niż ją zapamiętałem, a Rynek mniejszy niż 20 lat temu. Okazało się nawet, że to małe miasteczko ma jeszcze większy urok, niż ten w skrawkach pamięci, które mi pozostały. Tylko Brama Opatowska pozostała niezmiennie wysoka i nadal górowała nad moim wyobrażeniem, jak i zastaną rzeczywistością. Sandomierz to jedno z tych miast, które swój urok czerpią z historii. Atrakcje turystyczne również są skonstruowane na bazie historycznej architektury. Do tego szczypta prowincjonalnej ospałości i mamy mały fenomen turystyczny. Niestety w tym miejscu opowieści, urokliwa prowincjonalność, przerodzić się musi w małomiasteczkowość . Zaczęło się niewinnie. Pani w Muzeum Okręgowym mieszczącym się w Ratuszu wygłosiła pogadankę dlaczego robienie zdjęć kosztuje drożej niż wejściówka. Odpowiedź jest zaiste prosta: “bo nie chcemy by turyści zdjęcia robili”. Inną kwestią pozostaje fakt, że owszem dokumenty z czasów Jana Olbrachta są ciekawe, ale nie miałem nawet cienia potrzeby fotografowania ich. Zresztą trzy sale w Muzeum Okręgowym przyćmił blask Muzeum Diecezjalnego, w którym było co fotografować, nie mówiąc o tym, że sporo taniej. Zamek – kolejny nasz cel po obu muzeach, był oczywiście zamknięty, wszak sobota jest dniem turystycznej agonii, przynajmniej w mniemaniu dyrekcji. Nic jednak nie przebije tego, co związane jest z prozą życia – jedzeniem. Restauracja (podkreślam: RESTAURACJA), do której się udaliśmy nosi nazwę Winnica. Od progu, czy raczej od ogródka powitał nas stojący, niczym kat nad grzeszną duszą kelner. Nim skończyliśmy studiować menu podszedł, co najmniej dwa razy niecierpliwie dopytując, czy coś zamawiamy. Przyparci do muru (“I znowu k… byłem nieasertywny”. jak mawiał Miauczyński w “Dniu świra”) zamówiliśmy danie, które w według karty ambitnie nazywało się pizzą. O herbacie nie wspomnę, tegoż względu, że zamówiona na początku, została podana post factum. Przepraszam, pomyłka: została wręczona w zgrabne dłonie mojej Żony, bo kelner nie znał podstawowych arkanów zawodu. Rozwodzę się ciągle nad wątkiem restauracyjnym (i będę kontynuował), bo po wyjściu z rzeczonego lokalu obiecałem sobie i moim towarzyszom, że opiszę ze szczegółami to, com przeżył. Kontynuując wątek: produkt pizzopodobny został podany. Niedopieczony, to mało! Zwłaszcza, gdy zostanie ten fakt zestawiony ze stężałą twarzą Małżonki, gdy mało nie połamała zębów na kości, która “się trafiła”. Zdarza się powie wielu z drogich czytelników. A jakże, nie zaprzeczam. Ale całokształt wrażeń, które były naszym udziałem, pozostawił niezatarty ślad w tym sensie, że postanowiłem zrewidować definicję słowa “restauracja”. Nadeszła ta chwila, na którą czekałem od początku pisania tego tekstu. Drogi czytający pamiętaj: nie idź pod żadnym pozorem do restauracji Winnica przy Małym Rynku 2, bo będzie płacz i zgrzytanie zębów (w dosłownym tego słowa znaczeniu).

Drugi dzień przywitał nas malowniczo błękitnym niebem. Postanowiliśmy pokazać gościom ze Skierniewic kilka wizytówek Lublina. Kaplica Trójcy Świętej była pierwszą z nich. Bizantyjsko-ruskie freski na gotyckim sklepieniu, czyli spotkanie Wschodu z Zachodem pełną gębą. Każdy, kto Lublin odwiedza powinien to miejsce zobaczyć. Wrażenia nie jest w stanie zatrzeć nawet pani kustosz, która zapytana o fakt z historii kaplicy, głucho odpowiedziała: “nie wiem”. Kolejne miejsce i kolejna wpadka gospodarzy. Muzeum Historii Miasta Lublina, pani pytana o szczegóły dotyczące wystawy zdjęć z czasów wojny mówi właściwie to samo: “nie wiem” dodając: “nie nasza wystawa”. Możliwość robienia fotografii panoramy miasta ze szczytu bramy, rekompensuje i to.

Cóż, piękno zabytków obroni się samo. Ba, obie wycieczki były bardzo udane. A że akcent padł na to, co drażni, to czysty przypadek.