Archiwum z luty, 2009

Ein Volk – ein Reich – ein Führer

18/02/2009

W ostatnim czasie mocno zainteresowały mnie środowiska o skrajnie prawicowych, integrystycznych poglądach. Zacząłem przeglądać i uczestniczyć w różnych forach, które grupują ludzi myślących kategoriami, którym często blisko do fundamentalizmu znanego nam współcześnie z Bliskiego Wschodu. Oczywiście fundamentalizm ten jest “katolicki”. Ująłem w cudzysłów to słowo, bo moim zdaniem wbrew obiegowym opiniom, ma on z katolicyzmem niewiele wspólnego. Bardziej nasuwa mi się skojarzenie z nacjonalizmem podszytym religią, który to religię traktuje instrumentalnie, jako rodzaj spoiwa, które ma scalać pewną całość. Analogia, jaka przychodzi mi do głowy, to slogan Radia Maryja mówiący, iż to radio jest “katolickim głosem w twoim domu”. Budzi to mój sprzeciw nie tylko dlatego, że katolikos z definicji oznacza “powszechny”. Postawy, jakie można zaobserwować, gdy wniknie się w środowiska – nazwijmy je bardzo umownie – narodowymi, charakteryzuje reinterpretacja takich pojęć, jak naród, Kościół, ojczyzna. Słowa te nabierają znaczenia wytrychów, którymi można wyważyć każde drzwi. Jeśli coś, w opinii tych środowisk jest złe, oznacza to, że jest zdradzieckie, wrogie, niepolskie, polskojęzyczne,  niekatolickie czy wreszcie żydowskie.

W opiniach, które można przeczytać na licznych blogach i forach, można znaleźć szereg porównań, mediów nazywanych przez nie liberalnymi (z Gazetą Wyborczą na czele) do propagandowej prasy III Rzeszy. Próba wytłumaczenia jednemu z użytkowników forum, że definicyjnie bliżej do Völkischer Beobachter, Naszemu Dziennikowi, z racji jednostronności i manipulowania faktami jest awykonalne. Podobnie modne jest używanie w określeniu do gazet typu Dziennik i Gazeta Wyborcza porównania do Trybuny Ludu. Na nic tłumaczenia, że na łamach tej, czy innej gazety pojawiają się różne głosy w dyskusjach, polemiki, które są wyznacznikiem pluralizmu. Gazeta ze swej istoty ma reprezentować jeden pogląd i jedną wizję.

Zauważalny w wypowiedziach ludzi spod znaku toruńskiej stacji jest problem ze stosunkiem do demokracji. Skoro bowiem, jest jedna prawda i jedna racja, to o pluraliźmie nie może być mowy. Co w takim razie uczynić z tymi, którzy reprezentują poglądy odmienne od tych czytanych na łamach Naszego Dziennika? Zamknąć ich? Rozstrzelać? Zmusić siłą do zmiany poglądów? Pojęcia takie, jak demokracja i wolność słowa są więc traktowane instrumentalnie. Przejawem łamania wolności słowa, jest np. konflikt Radia Maryja z operatorem telewizji kablowej UPC. Nie ważne, że dyrektor radia nie chciał podpisać z operatorem umowy. Innym przykładem gwałtu na wolności słowa, jest niedostępność Naszego Dziennika na niektórych stacjach benzynowych. Nie jest tu istotny czynnik ekonomiczny i takie fakty, jak niska sprzedawalność gazety na stacjach. Skoro nie ma gazety na stacji X., a o zgrozo można na niej kupić Wyborczą, nie może być mowy o czymś innym niż spisek.

Kolejnym fenomenem zaobserwowanym przeze mnie, jest niebywała wręcz umiejętność udzielenia odpowiedzi na każde pytanie. Do tego właśnie służą słowa wytrychy wspomniane wyżej. Świat jest czarno-biały, nie występują w nim konflikty moralne. Jeżeli już ktoś ich doświadcza, nie może nazywać siebie katolikiem i Polakiem.

Nie chcę wnikać w przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Zapewne wiele mogliby orzec naukowcy zajmujący się psychologią i socjologią. Nasuwa się tylko skojarzenie z tym, co w którejś z książek napisała o mężczyznach Manuela Gretkowska – cytat z pamięci – facet jest najprostszą z maszyn, do jego obsługi służy jedna dźwignia. Podobnie tu: na wszystko znajdzie się remedium – jeden naród, jedno państwo, jeden wódz.

AKTUALIZACJA: tekst został zamieszczony również w portalu Wiadomości24 – link

Robert Capa – nierozważny i romantyczny

17/02/2009

Robert CapaW maju tego roku minie 55 rocznica śmierci Roberta Capy, jednego z największych w historii fotoreporterów wojennych.  Andre Friedman, bo tak nazywał się Capa zginął tragicznie we francuskich Indochinach w roku 1954. To on ukuł powiedzenie: “jeśli Twoje zdjęcie nie jest dobre, najwyraźniej nie podszedłeś wystarczająco blisko”. Właśnie tą dewizą kierował się przez całe swoje zawodowe życie.

Swoją Leicą i Contaxem Capa dał świadectwo największym wydarzeniom historycznym, które wydarzyły się za jego życia. Fotografował między innymi wojnę domową w Hiszpanii, ekspansję Czang Kaj-Szeka w Chinach, lądowanie aliantów na Sycylii i w Normandii. Jego zdjęcia trafiły do kanonu najlepszych fotografii wykonanych w historii.

Capa to postać równie nietuzinkowa, co przewidywalna w swym szaleństwie. Z jednej strony, cechowała go niesamowita wręcz odwaga, często ocierająca się o brawurę, z drugiej był znanym hazardzistą i kobieciarzem, wiecznie bez grosza przy duszy. Przegrywał w pokera i remika wszystko, co zarobił. Nie potrafił związać się na stałe z jedną kobietą. Do grona jego licznych kochanek należała między innymi Ingrid Bergman. W pokera zaś grywał z Ernestem Hemingway’em, Humphreyem Bogartem i Irivnem Shaw.

Jedną z nielicznych rzeczy, jaką można było powiedzieć o Friedmanie ze stanowczą pewnością, to tą, że bał się jak ognia zwyczajnego, ustabilizowanego życia z małżonką u boku i stałą pracą w jednym miejscu. Adrenalina była napędem jego działalności. Bez niej popadał w depresję i melancholię. Ze zdziwieniem należy jednak stwierdzić, że Capa wojny nienawidził. Nie potrafił przez całe życie znaleźć alternatywy, która dałaby mu poczucie spełnienia. Każdy konflikt, z którego wrócił cało, uświadamiał fakt, że szczęście nie będzie wiecznie mu dopisywać. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma niezliczonej ilości żyć i że w końcu dopadnie go zbłąkana kula snajpera. “Z wojną jest jak ze starzejącą się aktorką. Jest coraz mniej fotogeniczna, za to coraz bardziej niebezpieczna” – te słowa wypowiedział zmęczony nieustannym narażaniem życia.

Ironia losu w życiu Roberta Capy uwidoczniła się najbardziej u schyłku jego życia. Wyruszył w podróż do Japonii, gdzie na nowo zaczął cieszyć się fotografią i odkrywać jej smak na pokojowym gruncie. Zdjęcia, których nie zrobił na wojnie, rzadko kiedy dawały mu poczucie satysfakcji. Brak adrenaliny częstokroć przekładał się na niższy poziom jego prac. Gdy poczuł, że może uprawiać dobrą fotografię w czasach pokoju, otrzymał ostatnie w swoim życiu zlecenie w Wietnamie, gdzie partyzanci Ho Shi Mingha osiągali pierwsze sukcesy nad armią francuską. Zginął wskutek wybuchu miny w Thai Binh w 25 maja 1954 roku.

Robert Capa to połączenie niepoprawnego romantyka, wielkiego miłośnika kobiecego piękna i człowieka, który doskonale potrafił sterować swoją karierą. Jego biografiowie twierdzą zgodnie, że Friedman wymyślił siebie sam, jako Capę. Stworzył od podstaw swój wizerunek chłodnego cynika, z wiszącym w kąciku ust papierosem. Trudno jednak dziwić się tym, że żył w takiej masce, biorąc pod uwagę to, że widział najstraszniejsze wydarzenia w XX-wiecznej historii świata i ledwo uszedł z życiem, przed reżimem totalitarnym, który zataczał swe kręgi w Europie.

Zainteresowanych barwnym życiem Roberta Capy zachęcam do przeczytania jego biografii pt. “Szampan i krew”, Alexa Kershawa. Wartkie życie Friedmana przekłada się na kartach książki w fascynującą opowieść o wielkim człowieku noszącym ranę tego, co widział i czego doświadczył.