Archiwum kategorii ‘Fotografia’

Robert Capa – nierozważny i romantyczny

17/02/2009

Robert CapaW maju tego roku minie 55 rocznica śmierci Roberta Capy, jednego z największych w historii fotoreporterów wojennych.  Andre Friedman, bo tak nazywał się Capa zginął tragicznie we francuskich Indochinach w roku 1954. To on ukuł powiedzenie: “jeśli Twoje zdjęcie nie jest dobre, najwyraźniej nie podszedłeś wystarczająco blisko”. Właśnie tą dewizą kierował się przez całe swoje zawodowe życie.

Swoją Leicą i Contaxem Capa dał świadectwo największym wydarzeniom historycznym, które wydarzyły się za jego życia. Fotografował między innymi wojnę domową w Hiszpanii, ekspansję Czang Kaj-Szeka w Chinach, lądowanie aliantów na Sycylii i w Normandii. Jego zdjęcia trafiły do kanonu najlepszych fotografii wykonanych w historii.

Capa to postać równie nietuzinkowa, co przewidywalna w swym szaleństwie. Z jednej strony, cechowała go niesamowita wręcz odwaga, często ocierająca się o brawurę, z drugiej był znanym hazardzistą i kobieciarzem, wiecznie bez grosza przy duszy. Przegrywał w pokera i remika wszystko, co zarobił. Nie potrafił związać się na stałe z jedną kobietą. Do grona jego licznych kochanek należała między innymi Ingrid Bergman. W pokera zaś grywał z Ernestem Hemingway’em, Humphreyem Bogartem i Irivnem Shaw.

Jedną z nielicznych rzeczy, jaką można było powiedzieć o Friedmanie ze stanowczą pewnością, to tą, że bał się jak ognia zwyczajnego, ustabilizowanego życia z małżonką u boku i stałą pracą w jednym miejscu. Adrenalina była napędem jego działalności. Bez niej popadał w depresję i melancholię. Ze zdziwieniem należy jednak stwierdzić, że Capa wojny nienawidził. Nie potrafił przez całe życie znaleźć alternatywy, która dałaby mu poczucie spełnienia. Każdy konflikt, z którego wrócił cało, uświadamiał fakt, że szczęście nie będzie wiecznie mu dopisywać. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma niezliczonej ilości żyć i że w końcu dopadnie go zbłąkana kula snajpera. “Z wojną jest jak ze starzejącą się aktorką. Jest coraz mniej fotogeniczna, za to coraz bardziej niebezpieczna” – te słowa wypowiedział zmęczony nieustannym narażaniem życia.

Ironia losu w życiu Roberta Capy uwidoczniła się najbardziej u schyłku jego życia. Wyruszył w podróż do Japonii, gdzie na nowo zaczął cieszyć się fotografią i odkrywać jej smak na pokojowym gruncie. Zdjęcia, których nie zrobił na wojnie, rzadko kiedy dawały mu poczucie satysfakcji. Brak adrenaliny częstokroć przekładał się na niższy poziom jego prac. Gdy poczuł, że może uprawiać dobrą fotografię w czasach pokoju, otrzymał ostatnie w swoim życiu zlecenie w Wietnamie, gdzie partyzanci Ho Shi Mingha osiągali pierwsze sukcesy nad armią francuską. Zginął wskutek wybuchu miny w Thai Binh w 25 maja 1954 roku.

Robert Capa to połączenie niepoprawnego romantyka, wielkiego miłośnika kobiecego piękna i człowieka, który doskonale potrafił sterować swoją karierą. Jego biografiowie twierdzą zgodnie, że Friedman wymyślił siebie sam, jako Capę. Stworzył od podstaw swój wizerunek chłodnego cynika, z wiszącym w kąciku ust papierosem. Trudno jednak dziwić się tym, że żył w takiej masce, biorąc pod uwagę to, że widział najstraszniejsze wydarzenia w XX-wiecznej historii świata i ledwo uszedł z życiem, przed reżimem totalitarnym, który zataczał swe kręgi w Europie.

Zainteresowanych barwnym życiem Roberta Capy zachęcam do przeczytania jego biografii pt. “Szampan i krew”, Alexa Kershawa. Wartkie życie Friedmana przekłada się na kartach książki w fascynującą opowieść o wielkim człowieku noszącym ranę tego, co widział i czego doświadczył.

Fotograf wojenny

24/01/2009

James NachtweyDługo nie mogłem otrząsnąć się po obejrzeniu fimu dokumentalnego “War Photographer”. Traktuje on o Jamesie Nachtwey’u – amerykańskim fotografie wojennym, który dokumentował między innymi konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie, Czeczenii czy Ameryce Południowej. Film ukazuje z jednej strony dylemat moralny, z drugiej potrzebę Nachtwey’a by być świadkiem i wyrazicielem tych, którzy w tragicznej sytuacji nie mogą mówić we własnym imieniu. Dylemat natury moralnej polega na zarabianiu pieniędzy za fotografowanie okrucieństw wojny, głodu i cierpienia. Zdjęcia Nachtwey’a w doskonały sposób oddają emocje, które dokumentują. Sam fotograf pytany, jak radzi sobie z nimi mówi, że stara się kanalizować je właśnie w kadrze, który wykonuje.

Kilka tygodni temu w notce “…o epatowaniu cierpieniem” dziwiłem się faktem, że media chętnie sięgają po zdjęcia i relacje filmowe, przedstawiające okrucieństwo. James Nachtwey pyta w “War Photographer”: kto jeśli nie dziennikarze mają pokazać światu bezmiar ludzkich tragedii? Zresztą on sam jest doskonałym przykładem tego, jakie mogą być skutki ich nagłośnienia. To dzięki jego fotografiom świat zainteresował się głodem w Somalii, czy rumuńskimi sierotami.

James Nachtwey - ocalały z obozu śmierci w Rwandzie

Pokora Nachtwey’a i staranie, by efekty jego pracy, były głosem cierpiącej części ludzkości kazały mi zrewidować wcześniejsze poglądy na rolę mediów w przedstawianiu tragedii. Każdy z nas zna z książek do historii zdjęcie przedstawiające ledwo żywych więźniów KL Auschwitz-Birkenau opierających się o druty kolczaste. Jest to wstrząsający obraz ludzkiego okrucieństwa i zarazem przestroga przed nim. Podobnie rzecz widzi Nachtwey, który na swojej stronie internetowej (tutaj) w następujący sposób definiuje sens tego, co robi: “Byłem świadkiem, a te zdjęcia są moim świadectwem. Wydarzenia, które pokazałem nie powinny być zapomniane i nie mogą się powtórzyć”.

Oczywiście rzeczywistość nie jest tak różowa, że wszyscy dziennikarze wojenni reprezentują poziom Nachtwey’a. Jego kolega, operator kamery, dobitnie stwierdza, że ten biznes to szambo. Podaje przy tym przykład reporterów, których zna, a którzy cieszą się gdy są świadkami tragedii – jest to bowiem dla nich okazja do zrobienia wyjątkowego zdjęcia, czy nakręcenia niesamowitego ujęcia. Nachtwey ma inne podejście, które wyraża się w słowach, że zaprzedałby duszę, gdyby zamiast dostrzegania cierpienia jednostek zaczął widzieć w ich tragedii drogę dla swojej kariery.

Dla zainteresowanych zamieszczam link do mocno okrojonej wersji polskiej filmu, dostępnej legalnie na stronie TVP – link

Mózg i sztućce

08/12/2008

...

W ostatnich dniach zdarzyło mi się zrobić zdjęcie, które zamieściłem obok. Bardzo ciekawa była reakcja tych, którzy je oglądali. Jedni byli zniesmaczeni, innym się podobało. Najliczniejsza grupa odbiorców nie wyraziła swojej opinii wcale. Ten ostatni fenomen zastanowił mnie najbardziej. Można sobie pomyśleć: bardzo uderzyłem w ich poczucie estetyki, ale nie chcieli urazić autora. Naprawdę nieliczni doszukali się w zdjęciu jakiejś koncepcji, a może nawet metafory. Nikt nie zakwestionował kompozycji , czy też sposobu wykonania fotografii. Miałem przedziwne wrażenie, że prostym kadrem z gumowym mózgiem w roli głównej złamałem jakieś tabu. Szczerze pisząc jestem tym faktem zaskoczony. Tym bardziej, że zdjęcie nie jest ani bardziej szokujące niż obrazki z wiadomości telewizyjnych, ani staszne niczym horror.

Znowu ocieramy się o problem dosłowności. Gdybym sfotografował np. zwłoki mielibyśmy do czynienia ze skrajnymi emocjami, które najprawdopodobniej zostałyby wyartykułowane przez dużą liczbę odbiorców. Ba, jeżeli zdjęcie spełniałoby odpowiednie kryteria, mógłbym wysłać je na konkurs fotografii prasowej.  A tak mamy umowne przedstawienie pewnego skrawka rzeczywistości, które w większości przypadków nie trafiło na żaden grunt interpretacyjny. Moje intencje nie zostały odczytane w ogóle, nie licząc wyjątków.  Wnioski, jakie się rodzą są dwojakie: albo metafora jest nieczytelna, albo przeraża forma. Gdybym umieścił tu i ówdzie, jakiś piękny widoczek wywołałbym reakcję zachwytu, która ograniczona zostałaby do stwierdzeń typu: “piękne”, “powalające”, “cudowne”. Możemy to obserwować codziennie w portalu Nasza Klasa. Nieskończone – najczęściej fałszywe – wzdychanie nad tą i tamtą, nie wnoszące nic do zaprezentowanej treści.

Sam się dziwię, że się dziwię… Nie dociera do mnie fakt, że wszystko, co nas otacza można odbierać tylko na poziomie wspomnianej już dosłowności. Pewnie dlatego, źle się sprzedaje poezja a galerie świecą pustkami…

Na koniec, chcę jeszcze napisać, iż nie twierdzę, że zaprezentowana wyżej fotografia, to jakieś wielkopomne dzieło. Raczej eksperyment, którym chciałem unaocznić zjawisko. Celowo umieściłem ją w kilku miejscach, bo bardzo byłem ciekawy rekacji odbiorców. Spełniła dobrze swoją rolę.

Suffering & Pain – czyli o epatowaniu cierpieniem

03/12/2008

Był swego czasu nurt w muzyce metalowej, który zwykłem nazywać “suffering & pain”. Cierpienie, ból, rozstanie – to słowa wytrychy, które pojawiały się w co drugim tekście takich zespołów, jak My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, etc. Co ciekawe nurt ten miał też ciekawy wariant w polskiej muzyce niemetalowej. Takie wokalistki, jak Kowalska, Nosowska i Bartosiewicz również nie stroniły od depresyjnych środków wyrazu. Oczywiście to żadna nowość, ani ewenement. Weźmy Romantyzm, Młodą Polskę i inne epoki. Tam też roiło się od cierpienia i jego różnych odmian. Nie wiem, jak wyglądała recepcja takiej sztuki w ówczesnych czasach. Nie było wówczas list bestsellerów, ani notowań Billboard’a. Wiadomo natomiast, jak wyglądają sprawy dzisiaj. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania najlepszych zdjęć prasowych, poczytać tabloidy, oglądać wiadomości i filmy. Ciekawie prezentuje się na przykład lista najlepszych zdjęć reporterskich wg. magazynu Vanity Fair (link). Rzeczywiście są mistrzowskie, jeżeli chodzi o ich poziom, ale zarazem boleśnie dosłowne. Gdy na forum Canona zadałem pytanie, co powoduje, że główna tematyka zdjęć prasowych nagradzanych corocznie oscyluje między wojną i śmiercią jeden z użytkowników napisał mi …że się nie znam. Dodał też, że pewnie nie zrobiłem nigdy zdjęcia reporterskiego. Argumenty raczej niskich lotów, niemniej zjawisko zostaje nienazwane. Można narzekać, z jednej strony na żądnych krwi odbiorców, do których zawoalowany przekaz nie dotrze, dlatego trzeba im podać trupa na tacy. Z drugiej strony winę można zgonić na wydawców, którzy chcą podnieść nakład czasopism, sensacyjnym zdjęciem. Na koniec skazać – tu najwyższy stopień abstrakcji – cały świat. Zły do szpiku, niesie tylko cierpienie. Prawdziwe zapewne, jest każde z tych stwierdzeń. Oglądam wiele galerii zdjęć różnych tematycznie i do upadku fotografii, czy szerzej sztuki, moim zdaniem daleko. Niestety jednak o wiele łatwiej natrafić na dosłownie zamkniętą w kadrze rzeczywistość  niż taką,  która rodzi głębsze emocje niż tylko instynkty na podstawowym poziomie. Zresztą można zaobserwować również skrzywienia w drugą stronę. Wszechobecny przerost formy nad treścią z dorobioną do tej treści ideologią, która rzekomo niesie metaprzekaz. Szkoda, że dostępny tylko dla twórcy. Ogólny wniosek jest niezbyt odkrywczy: zło, ból i cierpienie będą zawsze lepiej się sprzedawały niż dobro, które ociera się o banał. A gdy jeszcze zinterpretuje się intencje twórcy przez pryzmat słów Nicka Holmes’a – wokalisty wspomnianego zespołu Paradise Lost, który mówi, iż radosna sztuka go przygnębia, znajdziemy jakieś wytłumaczenie ciążenia ludzkości “w dół”. Ostatnia refleksja jest taka, że mogę sobie teoretyzować dopóty dopóki nie  grozi mi fotografowanie w ekstremalnych warunkach. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądałyby moje zdjęcia, gdybym robił je w Somalii, Iraku, Strefie Gazy czy Biesłanie…

Tragikomedia fotograficzna z happyend’em

03/10/2008

Dzień zbliżał się ku końcowi. Za mną: nadbużańskie zarośla, Tomaszów Lubelski, Zwierzyniec. Trochę zdjęć, dużo błękitu nieba. A na nim… Czarna plama!!! Na matrycy aparatu jakiś,  z przeproszeniem syf. Nie będzie pyłek pluł nam w twarz. Nie damy pogrześć zdjęć. Zdjąłem obiektyw i podniosłem lustro w aparacie: niezmącona zieleń matrycy. Syfu nie widać. Może zabrudziło się szkło – myślę sobie. Niestety, czarna plama w tym samym miejscu niezależnie od obiektywu. Narzędzi brak. Są jednak patyczki do uszu. Najgłupsza rzecz, jaką wymyśliłem w ostatniej 5-latce. Niezmącona zieleń zmąciła się paprochami z wacika. Myślę sobie – no to jazda, porysowałem matrycę. Dnia następnego zaopatrzyłem się w sprzęt czyszczący. Efekt: smuuuuuuugi na całym przetworniku. To koniec – jęknąłem. Mail z pytaniem do serwisu: ile za wymianę filtra na matrycy. Odpowiedź: 1000 zł. Matko, ojcze, córko… Apokalipsa… Popytałem, znalazłem jedyny w Lublinie punkt, w którym można wyczyścić bebechy aparatu. Komentarz pana technika, bo zajrzeniu do środka: “w życiu czegoś takiego nie widziałem, proszę przyjść za 2 dni”. Godziny dłużyły się niczym doby, minuty, jak godziny… Sądny dzień! “Wyczyściłem proszę pana… 30 zł” Ufffff!!! Morał z tej historii: mam dla was ważne przesłanie, nie czyśćcie sami matrycy dranie ;)

Kraków z Hasselbladem w tle

14/07/2008

Weekend dobiegł końca i większość z nas myśli już o następnym. Ja tymczasem postaram się zatrzymać czas i pokrótce opisać 2-dniowy wypad do Krakowa. W czwartek pisałem o hekatombie turystów i amatorów fotografii, jakich spodziewałem się zobaczyć w Małopolsce. Oczywiście niewiele się pomyliłem choć przyznam, że widok japońskiego fotografa ze średnioformatowym Hasselbladem w dłoni był naprawdę miły dla oka. Wychodząc naprzeciw potrzebie fotografowania w samotności zdecydowaliśmy się na pobudkę o 6-ej rano. Pomogło! Miasto o tej porze jest trudne do określenia: nie wiadomo do końca, czy już się budzi (dostawy do sklepów), czy dopiero zasypia (niedobitki podchmielonych imprezowiczów). Zdjęcia robiło się przyjemnie, choć o wiele lepsze efekty “artystyczne” przyniosła, dnia następnego ucieczka na mniej uczęszczane okolice Podgórza i tłoczny Kazimierz. O ile pierwszego dnia używałem swojego aparatu, o tyle w niedzielę przyszło mi się zmierzyć z dwoma lustrzankami Canona. Wrażenia, jakie wywołały poraziły mnie. Zapragnąłem w momencie przyspieszyć chwilę stania się posiadaczem bardziej zaawansowanego sprzętu. Można wręcz powiedzieć, że zakochałem się w nim. Wiem, że mało kogo spośród drogich czytelników to zainteresuje, ale obcowanie z Canonem 5D wywołało – bez żadnej przesady – techniczną ekstazę, poczucie trzymania w ręku dzieła sztuki. W te dni oprócz robienia zdjęć stała się też ważna rzecz. Zrobiłem swemu przyjacielowi skromną stronę internetową. Facet jest wg mnie prawdziwym artystą i jego dotychczasowa nieobecność w sieci od dłuższego czasu mnie męczyła. Kilka słów o nim: rocznik 1976, od wielu lat stara się mierzyć z rzeczywistością za pomocą różnych środków wyrazu: pisał, rysował, by wreszcie zacząć fotografować. Jego zdjęcia bardziej wyrażają rzeczywistość i ją kreują niż pokazują i odtwarzają. Zachęcam zainteresowanych do odwiedzenia strony Arka. Jej adres to: www.gabrus.eu. Weekend zakończył się szybko. Powrót do Lublina uświadomił mi kolejny raz, jak ważny jest dla mnie Kraków, jak dobrze się w nim czuję, jak byłbym w stanie żyć w oparach jego permanentnego smogu, dla oddychania pełną piersią atmosferą tego miasta. Choć kocham Lublin, krótkie chwile na południu Polski uwypukliły w moich oczach jego prowincjonalność i momentami brak polotu. Cóż, za czystsze powietrze trzeba płacić ;-)

Hekatomba

10/07/2008

Jutro wyjeżdżam do Krakowa. Miasto to – jak niewiele podobnych, niesie ze sobą dla fotografa niezliczoną ilość inspiracji. Jest też jednak zagrożeniem, szczególnie dlatego, że ilość fotogenicznych zaułków jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fotografów i japońskich turystów,  którzy na matrycy aparatu chcą umieścić wszystko, co wokół. Znam dobrze Kraków – mieszkałem w nim blisko rok. W związku z tym już próbuję wyobrazić sobie, co mógłbym sfotografować i w jaki sposób. I tu pojawia się problem. Ilekroć moja wyobraźnia podpowiada mi taki czy inny kadr, tylekroć mam nieodparte wrażenie, że ktoś już ubiegł mnie w niezliczonej ilości jego odsłon. Na szczęście znam też miejsca mniej obfotografowane, choć zdaje sobie sprawę, że i one właśnie ze względu na hekatombę fotografów stanowią nie lada wyzwanie. A może najzwyczajniej przestanę kalkulować, co chcę zachować w jpeg-u lub raw-ie i zdam się na magię chwili? Pewnie tak będzie. Boję się tylko, momentu w którym ta magia pryśnie, podczas oglądania na komputerze dorobku z weekendu i już czuję smak niezadowolenia ze zbyt szybkiego i nieprzemyślanego wyzwolenia spustu migawki. Postaram się nie czynić podobnych przedzałożeń. Niech rzeczy toczą się własnym torem :-)