Archiwum kategorii ‘Kultura’

Marcin Ciszewski – “www.1944.waw.pl”

04/03/2009

coverWyobraźmy sobie sytuację, w której współcześnie uzbrojone i wyszkolone jednostki wojskowe zrządzeniem losu przenoszą się w realia II Wojny Światowej. Takie odważne założenie do fabuły, poczynił Marcin Ciszewski w swojej najnowszej książce “www.1944.waw.pl”. Pozycja ta jest kontynuacją wydanej wcześniej powieści “www.1939.com.pl”, w której zaczyna się przedziwna historia żołnierzy Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego rodem z 2007 roku.

Pomysł na przenosiny w czasie jest obecny zarówno w literaturze, jak i filmie od dość dawna. Najczęściej jednak mamy do czynienia z lekkimi opowiastkami, które bardziej wzbudzają uśmiech na twarzy niż zadumę nad istotą czasu, czy historii. Każdy z nas oglądał zapewne trylogię Roberta Zemeckisa: “Powrót do przyszłości”. Wielu z nas czytało książkę Marka Twaina: “Jankes na dworze króla Artura”. To, co odróżnia prozę Ciszewskiego od znanych nam utwórów literackich i filmów dotyczących podróżowania w czasie, to z jednej strony doskonała znajomość realiów, w które zostają wrzuceni bohaterowie (autor jest z wykształcenia historykiem i fascynuje się II Wojną Światową), a z drugiej duża wiedza na temat sposobów szkolenia i uzbrojenia współczesnych polskich jednostek. To wszystko daje nam materiał na książkowy przebój.

Na blisko 330 stronach “www.1944.waw.pl” odnajdziemy wartką akcję ze świetnym opisem walki zbrojnej. Przeczytamy o emocjach, ludzi, których kontekst nie tylko czasowy, ale i mentalny jest zgoła odmienny od tego, który zastają w 1944 roku. Język bohaterów i liczne zapożyczenia jednego z nich ze znanych scen filmowych, pokaże nam, jak trudne stają się realia naszego życia, gdy zniknie to, co uznawaliśmy do tej pory za teraźniejszość. Pomimo swego – mogę chyba tak powiedzieć – sensacyjnego wymiaru, książka Ciszewskiego wywoła w nas namysł nad tym, co by się stało gdyby rzeczywiście można było zapanować nad czasem i odwrócić bieg własnych losów, jak i całej historii. I choć płynący z lektury wniosek, że zmiany w dziejach w skali mikro niekoniecznie będą miały przełożenie na skalę makro, globalnej historii to i tak autor kusi by rozważania nad samymi możliwościami “majstrowania” przy czasie nie opuściły nas po przeczytaniu ostatniej strony powieści.

We mnie osobiście zrodziła się potrzeba przeczytania o dalszych losach bohaterów. Tym bardziej, że autor nie zamknął kulminacją fabuły dróg do jej kontynuowania.

Wszystkim, których ta opinia zachęci zapraszam do przeczytania “www.1944.waw.pl”. Jeszcze bardziej zainteresowanych zapraszam na stronę poświęconą książce o adresie będącym jej tytułem – link.

Robert Capa – nierozważny i romantyczny

17/02/2009

Robert CapaW maju tego roku minie 55 rocznica śmierci Roberta Capy, jednego z największych w historii fotoreporterów wojennych.  Andre Friedman, bo tak nazywał się Capa zginął tragicznie we francuskich Indochinach w roku 1954. To on ukuł powiedzenie: “jeśli Twoje zdjęcie nie jest dobre, najwyraźniej nie podszedłeś wystarczająco blisko”. Właśnie tą dewizą kierował się przez całe swoje zawodowe życie.

Swoją Leicą i Contaxem Capa dał świadectwo największym wydarzeniom historycznym, które wydarzyły się za jego życia. Fotografował między innymi wojnę domową w Hiszpanii, ekspansję Czang Kaj-Szeka w Chinach, lądowanie aliantów na Sycylii i w Normandii. Jego zdjęcia trafiły do kanonu najlepszych fotografii wykonanych w historii.

Capa to postać równie nietuzinkowa, co przewidywalna w swym szaleństwie. Z jednej strony, cechowała go niesamowita wręcz odwaga, często ocierająca się o brawurę, z drugiej był znanym hazardzistą i kobieciarzem, wiecznie bez grosza przy duszy. Przegrywał w pokera i remika wszystko, co zarobił. Nie potrafił związać się na stałe z jedną kobietą. Do grona jego licznych kochanek należała między innymi Ingrid Bergman. W pokera zaś grywał z Ernestem Hemingway’em, Humphreyem Bogartem i Irivnem Shaw.

Jedną z nielicznych rzeczy, jaką można było powiedzieć o Friedmanie ze stanowczą pewnością, to tą, że bał się jak ognia zwyczajnego, ustabilizowanego życia z małżonką u boku i stałą pracą w jednym miejscu. Adrenalina była napędem jego działalności. Bez niej popadał w depresję i melancholię. Ze zdziwieniem należy jednak stwierdzić, że Capa wojny nienawidził. Nie potrafił przez całe życie znaleźć alternatywy, która dałaby mu poczucie spełnienia. Każdy konflikt, z którego wrócił cało, uświadamiał fakt, że szczęście nie będzie wiecznie mu dopisywać. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma niezliczonej ilości żyć i że w końcu dopadnie go zbłąkana kula snajpera. “Z wojną jest jak ze starzejącą się aktorką. Jest coraz mniej fotogeniczna, za to coraz bardziej niebezpieczna” – te słowa wypowiedział zmęczony nieustannym narażaniem życia.

Ironia losu w życiu Roberta Capy uwidoczniła się najbardziej u schyłku jego życia. Wyruszył w podróż do Japonii, gdzie na nowo zaczął cieszyć się fotografią i odkrywać jej smak na pokojowym gruncie. Zdjęcia, których nie zrobił na wojnie, rzadko kiedy dawały mu poczucie satysfakcji. Brak adrenaliny częstokroć przekładał się na niższy poziom jego prac. Gdy poczuł, że może uprawiać dobrą fotografię w czasach pokoju, otrzymał ostatnie w swoim życiu zlecenie w Wietnamie, gdzie partyzanci Ho Shi Mingha osiągali pierwsze sukcesy nad armią francuską. Zginął wskutek wybuchu miny w Thai Binh w 25 maja 1954 roku.

Robert Capa to połączenie niepoprawnego romantyka, wielkiego miłośnika kobiecego piękna i człowieka, który doskonale potrafił sterować swoją karierą. Jego biografiowie twierdzą zgodnie, że Friedman wymyślił siebie sam, jako Capę. Stworzył od podstaw swój wizerunek chłodnego cynika, z wiszącym w kąciku ust papierosem. Trudno jednak dziwić się tym, że żył w takiej masce, biorąc pod uwagę to, że widział najstraszniejsze wydarzenia w XX-wiecznej historii świata i ledwo uszedł z życiem, przed reżimem totalitarnym, który zataczał swe kręgi w Europie.

Zainteresowanych barwnym życiem Roberta Capy zachęcam do przeczytania jego biografii pt. “Szampan i krew”, Alexa Kershawa. Wartkie życie Friedmana przekłada się na kartach książki w fascynującą opowieść o wielkim człowieku noszącym ranę tego, co widział i czego doświadczył.

Mózg i sztućce

08/12/2008

...

W ostatnich dniach zdarzyło mi się zrobić zdjęcie, które zamieściłem obok. Bardzo ciekawa była reakcja tych, którzy je oglądali. Jedni byli zniesmaczeni, innym się podobało. Najliczniejsza grupa odbiorców nie wyraziła swojej opinii wcale. Ten ostatni fenomen zastanowił mnie najbardziej. Można sobie pomyśleć: bardzo uderzyłem w ich poczucie estetyki, ale nie chcieli urazić autora. Naprawdę nieliczni doszukali się w zdjęciu jakiejś koncepcji, a może nawet metafory. Nikt nie zakwestionował kompozycji , czy też sposobu wykonania fotografii. Miałem przedziwne wrażenie, że prostym kadrem z gumowym mózgiem w roli głównej złamałem jakieś tabu. Szczerze pisząc jestem tym faktem zaskoczony. Tym bardziej, że zdjęcie nie jest ani bardziej szokujące niż obrazki z wiadomości telewizyjnych, ani staszne niczym horror.

Znowu ocieramy się o problem dosłowności. Gdybym sfotografował np. zwłoki mielibyśmy do czynienia ze skrajnymi emocjami, które najprawdopodobniej zostałyby wyartykułowane przez dużą liczbę odbiorców. Ba, jeżeli zdjęcie spełniałoby odpowiednie kryteria, mógłbym wysłać je na konkurs fotografii prasowej.  A tak mamy umowne przedstawienie pewnego skrawka rzeczywistości, które w większości przypadków nie trafiło na żaden grunt interpretacyjny. Moje intencje nie zostały odczytane w ogóle, nie licząc wyjątków.  Wnioski, jakie się rodzą są dwojakie: albo metafora jest nieczytelna, albo przeraża forma. Gdybym umieścił tu i ówdzie, jakiś piękny widoczek wywołałbym reakcję zachwytu, która ograniczona zostałaby do stwierdzeń typu: “piękne”, “powalające”, “cudowne”. Możemy to obserwować codziennie w portalu Nasza Klasa. Nieskończone – najczęściej fałszywe – wzdychanie nad tą i tamtą, nie wnoszące nic do zaprezentowanej treści.

Sam się dziwię, że się dziwię… Nie dociera do mnie fakt, że wszystko, co nas otacza można odbierać tylko na poziomie wspomnianej już dosłowności. Pewnie dlatego, źle się sprzedaje poezja a galerie świecą pustkami…

Na koniec, chcę jeszcze napisać, iż nie twierdzę, że zaprezentowana wyżej fotografia, to jakieś wielkopomne dzieło. Raczej eksperyment, którym chciałem unaocznić zjawisko. Celowo umieściłem ją w kilku miejscach, bo bardzo byłem ciekawy rekacji odbiorców. Spełniła dobrze swoją rolę.

Guns N’ Roses – Chińska Demokracja

04/12/2008

gnrKilka tygodni temu po 15 latach oczekiwania ujrzała światło dzienne nowa płyta zespołu Guns N’ Roses – “Chinese Democracy”. Axl Rose zapowiadał tę płytę przez tyle lat, że mało kto spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie wydana. Jedni mówią o 13, inni o 14 milionach dolarów, podsumowując wydatki, jakie pochłonęła ta produkcja. Ze starego składu pozostał tylko Axl i klawiszowiec Dizzy Reed. Zabrakło więc dwóch charyzmatycznych muzyków, czyli Slasha i Duffa McKagana, którzy obok Axl’a byli kojarzeni z marką Guns N’ Roses. Początkowo sceptycznie podchodziłem do nowego materiału pomimo, że niektóre utwory, które wyciekły do sieci słyszałem już jakiś czas temu i były dla mnie przekonujące.  Gdzieś w głowie zakodowaną miałem myśl, że Guns N’ Roses bez Slasha, to jak stół bez nogi. A przecież nie Slash tylko Izzy Stradlin, obok Axl’a był twórcą największych dzieł zespołu, czyli płyt “Appetite for Destruction” i obu części “Use Your Illusion”. Gdy obejrzałem fragmenty koncertu Rock in Rio z 2006 r., podczas którego dwóch gitarzystów nie potrafiło sobie poradzić z genialną solówką z “November Rain” mogłem się tylko w tym przekonaniu utwierdzić. Na szczęście koncert ten zobaczyłem już po zachwycie, jaki pojawił się po wsłuchaniu się w “Chinese Democracy”. Sama płyta zaskakuje o tyle, że wciąż wpisuje się w styl, jaki wypracowało Guns N’ Roses w latach swej świetności. Z drugiej strony krążek nie jest wtórny i nie powiela utartych w tyglu młodzieńczego szału twórczego schematów. Oto słyszymy nowoczesne aranżacje, a zarazem wiemy od pierwszego taktu, z jakim zespołem mamy do czynienia. Nie jest to wcale takie oczywiste biorąc pod uwagę mało twórcze dokonania np. zespołu Metallica. Axl w przeciwieństwie do Hetfielda i Hammetta nie zjadł własnego ogona, wpadając w samonaśladownictwo. Parę słów o utworach, jakich możemy posłuchać. Płytę otwiera tytułowe “Chinese Democracy”. Dość rozbudowany wstęp wprowadza w klimat piosenki. Pierwsze takty riffu gitarowego kojarzą mi się, nie wiedzieć czemu z Satisfaction, The Rolling Stonese.  Kolejne “Shackler’s Revenge” pokazuje, że z wiekiem Axl nie stracił pazura. Podobno utwór został wykorzystany, w jakiejś grze komputerowej. Nie udało mi się niestety ustalić, w jakiej. Następne “Better” i “Street of Dreams” to, klasyczne Guns N’ Roses w nowoczesnej aranażacji. Bliżej im jednak do “Use Your Illusion” niż “Appetite…” Zresztą tak jest z całą płytą. “IRS” nawiązuje trochę do “Civil War”, choć początek tego ostatniego jest wsamplowany w utwór “Madagascar” podobnie, jak słowa Martina Luthera Kinga “I have a dream” z pamiętnego wystąpienia z sierpnia 1963 r. Prawdziwą perłą jest dla mnie “This I love” – smutna ballada o rozstaniu i związanym z nim cierpieniem. Gdy posłuchałem jej pierwszy raz, ciarki przeszły mi po plecach. Miałem wrażenie, jakbym wsiadł do wehikułu czasu. “Chinese Democracy” to moim zdaniem płyta bardzo równa. Brzmi dobrze, jako całość, choć każdy z utworów stanowi też osobny rozdział. Odkąd wyszła słucham jej praktycznie bez przerwy. Od czasu do czasu włączam stare “Use Your Illusion”. Zasadniczo nie potrafię wyprowadzić, wobec nowego dzieła Guns’ów armat krytyki. Niewiele wydaje się dziś rzeczy, których chcę słuchać, dlatego tym bardziej doceniam to, czego dokonał Axl. Zdaje sobie sprawę, że moich zachwytów nie podzieli wielu starych fanów zespołu. Guns N’ Roses Anno Domini 2008 to jednak inna jakość. Nie uważam jednak, by była to jakość mniejsza niż ta z początku lat 90-tych. Na koniec ciekawostka. Axl Rose zniknał gdzieś tuż przed premierą. W chwili największego szumu zaszył się w miejscu, którego nikt nie zna. Jak twierdzą wydawcy, nie przyczyni się to dobrze do promocji krążka. Pewnie 13 milionów USD się nie zwróci. Muzyka broni się jednak sama…

Suffering & Pain – czyli o epatowaniu cierpieniem

03/12/2008

Był swego czasu nurt w muzyce metalowej, który zwykłem nazywać “suffering & pain”. Cierpienie, ból, rozstanie – to słowa wytrychy, które pojawiały się w co drugim tekście takich zespołów, jak My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, etc. Co ciekawe nurt ten miał też ciekawy wariant w polskiej muzyce niemetalowej. Takie wokalistki, jak Kowalska, Nosowska i Bartosiewicz również nie stroniły od depresyjnych środków wyrazu. Oczywiście to żadna nowość, ani ewenement. Weźmy Romantyzm, Młodą Polskę i inne epoki. Tam też roiło się od cierpienia i jego różnych odmian. Nie wiem, jak wyglądała recepcja takiej sztuki w ówczesnych czasach. Nie było wówczas list bestsellerów, ani notowań Billboard’a. Wiadomo natomiast, jak wyglądają sprawy dzisiaj. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania najlepszych zdjęć prasowych, poczytać tabloidy, oglądać wiadomości i filmy. Ciekawie prezentuje się na przykład lista najlepszych zdjęć reporterskich wg. magazynu Vanity Fair (link). Rzeczywiście są mistrzowskie, jeżeli chodzi o ich poziom, ale zarazem boleśnie dosłowne. Gdy na forum Canona zadałem pytanie, co powoduje, że główna tematyka zdjęć prasowych nagradzanych corocznie oscyluje między wojną i śmiercią jeden z użytkowników napisał mi …że się nie znam. Dodał też, że pewnie nie zrobiłem nigdy zdjęcia reporterskiego. Argumenty raczej niskich lotów, niemniej zjawisko zostaje nienazwane. Można narzekać, z jednej strony na żądnych krwi odbiorców, do których zawoalowany przekaz nie dotrze, dlatego trzeba im podać trupa na tacy. Z drugiej strony winę można zgonić na wydawców, którzy chcą podnieść nakład czasopism, sensacyjnym zdjęciem. Na koniec skazać – tu najwyższy stopień abstrakcji – cały świat. Zły do szpiku, niesie tylko cierpienie. Prawdziwe zapewne, jest każde z tych stwierdzeń. Oglądam wiele galerii zdjęć różnych tematycznie i do upadku fotografii, czy szerzej sztuki, moim zdaniem daleko. Niestety jednak o wiele łatwiej natrafić na dosłownie zamkniętą w kadrze rzeczywistość  niż taką,  która rodzi głębsze emocje niż tylko instynkty na podstawowym poziomie. Zresztą można zaobserwować również skrzywienia w drugą stronę. Wszechobecny przerost formy nad treścią z dorobioną do tej treści ideologią, która rzekomo niesie metaprzekaz. Szkoda, że dostępny tylko dla twórcy. Ogólny wniosek jest niezbyt odkrywczy: zło, ból i cierpienie będą zawsze lepiej się sprzedawały niż dobro, które ociera się o banał. A gdy jeszcze zinterpretuje się intencje twórcy przez pryzmat słów Nicka Holmes’a – wokalisty wspomnianego zespołu Paradise Lost, który mówi, iż radosna sztuka go przygnębia, znajdziemy jakieś wytłumaczenie ciążenia ludzkości “w dół”. Ostatnia refleksja jest taka, że mogę sobie teoretyzować dopóty dopóki nie  grozi mi fotografowanie w ekstremalnych warunkach. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądałyby moje zdjęcia, gdybym robił je w Somalii, Iraku, Strefie Gazy czy Biesłanie…

niech wygra najlepszy?

30/11/2008

Klaudia Kulawik, 11-letnia uczestniczka programu Mam Talent zajęła drugie miejsce w finale tego widowiska. Co ciekawe, jej wykonanie piosenki Stana Borysa, było najsłabszym wokalnie występem. Zasadniczo nie byłoby powodu, by ten temat poruszać, gdyby nie fakt, że wysoka pozycja Klaudii uwidoczniła pewien ciekawy mechanizm społeczny. Oto dziewczyna, która ewidentnie nie poradziła sobie z wybranym utworem i na tle innych uczestników wypadła blado, zdeklasowała rywali. Na pytanie dlaczego tak się stało, nasuwa się pewna odpowiedź. Zaraz po występie Klaudii, Kuba Wojewódzki stwierdził, że nie widzi dla niej miejsca na polskiej scenie muzycznej.  Przypuszczalnie te słowa jurora, przyczyniły się do tego, że miliony telewidzów wybrało ją numerem 2 programu. Nieprzebrane rzesze wzięły dziewczynkę w obronę, mimo że nie została ona zaatakowana.  Wypowiedź Wojewódzkiego nie nosiła bowiem znamion złośliwości. Człowiek ten abstrahując od swego sposobu bycia, zna polski rynek muzyczny, jak mało kto i  wyartykułował opinię, na którą mało kto by się odważył. Bo jak skrytykować 11-latkę, która owszem ma wyjątkowy głos, ale każdym występem udowadniała, że sam talent to nie wszytko? Owszem można ją nazwać nieoszlifowanym diamentem, który zamieni się w cenny brylant. Gdy jednak próbuję sobie wyobrazić miejsce Klaudii w polskim showbiznesie za 5-7 lat, nijak nie umiem znaleźć dla niej odpowiedniej niszy. Patetyczne utwory, które dobrano dla niej na potrzeby programu, zaszufladkowały ją tak skutecznie, że nawet jasnowidz miałby problem z zobaczeniem Klaudii w radosnym, adekwatnym do wieku repertuarze. Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy wspomnieć. Dziewczyna, podczas wszystkich występów była niewarygodnie smutna. Można odnieść wrażenie, że ciężar, jaki kazano jej nieść, był nieznośny. Inne dzieci, które brały udział w programie emanowały młodzieńczą radością i energią. Klaudia była po prostu smutna. Można odnieść wrażenie – być może jest to nieuzasadniona teza – że wielką wygraną nie jest dziewczyna, ale jej rodzice.

Sandomiersko-lubelskie narzekania

11/08/2008

Pomimo szwagrowego wieszczenia udaliśmy się w sobotę w podróż do Sandomierza. Przepowiednia dotyczyła oczywiście pogody, czy raczej potencjalnego jej braku. Rzeczywiście Sandomierz powitał nas stalowoszarym niebem, które zrodziło nieszczęśliwie mżawkę. Ostatni raz w tym mieście byłem w podstawówce. Pamiętałem tylko obrazy z Rynku, ze studnią w roli głównej. Studnia okazała się inna, niż ją zapamiętałem, a Rynek mniejszy niż 20 lat temu. Okazało się nawet, że to małe miasteczko ma jeszcze większy urok, niż ten w skrawkach pamięci, które mi pozostały. Tylko Brama Opatowska pozostała niezmiennie wysoka i nadal górowała nad moim wyobrażeniem, jak i zastaną rzeczywistością. Sandomierz to jedno z tych miast, które swój urok czerpią z historii. Atrakcje turystyczne również są skonstruowane na bazie historycznej architektury. Do tego szczypta prowincjonalnej ospałości i mamy mały fenomen turystyczny. Niestety w tym miejscu opowieści, urokliwa prowincjonalność, przerodzić się musi w małomiasteczkowość . Zaczęło się niewinnie. Pani w Muzeum Okręgowym mieszczącym się w Ratuszu wygłosiła pogadankę dlaczego robienie zdjęć kosztuje drożej niż wejściówka. Odpowiedź jest zaiste prosta: “bo nie chcemy by turyści zdjęcia robili”. Inną kwestią pozostaje fakt, że owszem dokumenty z czasów Jana Olbrachta są ciekawe, ale nie miałem nawet cienia potrzeby fotografowania ich. Zresztą trzy sale w Muzeum Okręgowym przyćmił blask Muzeum Diecezjalnego, w którym było co fotografować, nie mówiąc o tym, że sporo taniej. Zamek – kolejny nasz cel po obu muzeach, był oczywiście zamknięty, wszak sobota jest dniem turystycznej agonii, przynajmniej w mniemaniu dyrekcji. Nic jednak nie przebije tego, co związane jest z prozą życia – jedzeniem. Restauracja (podkreślam: RESTAURACJA), do której się udaliśmy nosi nazwę Winnica. Od progu, czy raczej od ogródka powitał nas stojący, niczym kat nad grzeszną duszą kelner. Nim skończyliśmy studiować menu podszedł, co najmniej dwa razy niecierpliwie dopytując, czy coś zamawiamy. Przyparci do muru (“I znowu k… byłem nieasertywny”. jak mawiał Miauczyński w “Dniu świra”) zamówiliśmy danie, które w według karty ambitnie nazywało się pizzą. O herbacie nie wspomnę, tegoż względu, że zamówiona na początku, została podana post factum. Przepraszam, pomyłka: została wręczona w zgrabne dłonie mojej Żony, bo kelner nie znał podstawowych arkanów zawodu. Rozwodzę się ciągle nad wątkiem restauracyjnym (i będę kontynuował), bo po wyjściu z rzeczonego lokalu obiecałem sobie i moim towarzyszom, że opiszę ze szczegółami to, com przeżył. Kontynuując wątek: produkt pizzopodobny został podany. Niedopieczony, to mało! Zwłaszcza, gdy zostanie ten fakt zestawiony ze stężałą twarzą Małżonki, gdy mało nie połamała zębów na kości, która “się trafiła”. Zdarza się powie wielu z drogich czytelników. A jakże, nie zaprzeczam. Ale całokształt wrażeń, które były naszym udziałem, pozostawił niezatarty ślad w tym sensie, że postanowiłem zrewidować definicję słowa “restauracja”. Nadeszła ta chwila, na którą czekałem od początku pisania tego tekstu. Drogi czytający pamiętaj: nie idź pod żadnym pozorem do restauracji Winnica przy Małym Rynku 2, bo będzie płacz i zgrzytanie zębów (w dosłownym tego słowa znaczeniu).

Drugi dzień przywitał nas malowniczo błękitnym niebem. Postanowiliśmy pokazać gościom ze Skierniewic kilka wizytówek Lublina. Kaplica Trójcy Świętej była pierwszą z nich. Bizantyjsko-ruskie freski na gotyckim sklepieniu, czyli spotkanie Wschodu z Zachodem pełną gębą. Każdy, kto Lublin odwiedza powinien to miejsce zobaczyć. Wrażenia nie jest w stanie zatrzeć nawet pani kustosz, która zapytana o fakt z historii kaplicy, głucho odpowiedziała: “nie wiem”. Kolejne miejsce i kolejna wpadka gospodarzy. Muzeum Historii Miasta Lublina, pani pytana o szczegóły dotyczące wystawy zdjęć z czasów wojny mówi właściwie to samo: “nie wiem” dodając: “nie nasza wystawa”. Możliwość robienia fotografii panoramy miasta ze szczytu bramy, rekompensuje i to.

Cóż, piękno zabytków obroni się samo. Ba, obie wycieczki były bardzo udane. A że akcent padł na to, co drażni, to czysty przypadek.

Europejskie? Miasto kultury!

20/07/2008

Kilka dni temu napisałem o prowincjonalnym charakterze Lublina, który momentami wydaje mi się być bez polotu, zwłaszcza w zestawieniu z metropoliami pokroju Krakowa. Wczoraj miałem okazję uczestniczyć fragmentarycznie w imprezie, która zadaje kłam takiemu spojrzeniu. Festiwal Inne Brzmienia, bo o nim mowa dobrze pokazał, że przy odrobinie dobrej woli i wsparciu włodarzy miasta można zorganizować kulturalne święto na krajowym, a nawet międzynarodowym poziomie. Obserwuję bacznie to, co dzieje się w Lublinie i zaczynam szczerze wierzyć, że pretendowanie do miana Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku nie musi być marzeniem zakompleksionych prowincjuszy i czczą gadaniną. Przykład ostatnich miesięcy pokazuje, że przy wytężonej pracy Lublinian “2016″ może stać się faktem. Weźmy chociaż Festiwal Teatrów Europy Środkowej „Sąsiedzi”, który miał miejsce w czerwcu, czy Noc Kultury. Obie imprezy były swoistym wyjściem sztuki z salonów, teatrów, galerii na ulicę. Co więcej to wyjście nie zbrukało sztuki, nie sprowadziło jej do rynsztoka, ale dało jej większy, mniej snobistyczny krąg odbiorców. Nie przeceniam tychże ostatnich. Być może będą niedzielnymi koneserami. Jedno jest jednak pewne: zetknęli się na ulicy, którą codziennie przechodzą z czymś, co wykracza poza jej materialne ramy i powoduje głębszy namysł nad rzeczywistością. I choćby ten namysł był ulotną chwilą, sukcesem jest obopólna współpraca artystów, którzy nie pogardzili tłumem, w myśl maksymy: odi profanum vulgus i odbiorcami, którzy być może na te 5 minut nie patrzyli na artystów, jak na obłąkanych ekscentryków. Entuzjazm emanuje z tego wpisu i nie mam zamiaru nawet szukać przewrotnej puenty. Życzę dobrej nocy, tudzież dobrego dnia.