Kilka tygodni temu po 15 latach oczekiwania ujrzała światło dzienne nowa płyta zespołu Guns N’ Roses – “Chinese Democracy”. Axl Rose zapowiadał tę płytę przez tyle lat, że mało kto spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie wydana. Jedni mówią o 13, inni o 14 milionach dolarów, podsumowując wydatki, jakie pochłonęła ta produkcja. Ze starego składu pozostał tylko Axl i klawiszowiec Dizzy Reed. Zabrakło więc dwóch charyzmatycznych muzyków, czyli Slasha i Duffa McKagana, którzy obok Axl’a byli kojarzeni z marką Guns N’ Roses. Początkowo sceptycznie podchodziłem do nowego materiału pomimo, że niektóre utwory, które wyciekły do sieci słyszałem już jakiś czas temu i były dla mnie przekonujące. Gdzieś w głowie zakodowaną miałem myśl, że Guns N’ Roses bez Slasha, to jak stół bez nogi. A przecież nie Slash tylko Izzy Stradlin, obok Axl’a był twórcą największych dzieł zespołu, czyli płyt “Appetite for Destruction” i obu części “Use Your Illusion”. Gdy obejrzałem fragmenty koncertu Rock in Rio z 2006 r., podczas którego dwóch gitarzystów nie potrafiło sobie poradzić z genialną solówką z “November Rain” mogłem się tylko w tym przekonaniu utwierdzić. Na szczęście koncert ten zobaczyłem już po zachwycie, jaki pojawił się po wsłuchaniu się w “Chinese Democracy”. Sama płyta zaskakuje o tyle, że wciąż wpisuje się w styl, jaki wypracowało Guns N’ Roses w latach swej świetności. Z drugiej strony krążek nie jest wtórny i nie powiela utartych w tyglu młodzieńczego szału twórczego schematów. Oto słyszymy nowoczesne aranżacje, a zarazem wiemy od pierwszego taktu, z jakim zespołem mamy do czynienia. Nie jest to wcale takie oczywiste biorąc pod uwagę mało twórcze dokonania np. zespołu Metallica. Axl w przeciwieństwie do Hetfielda i Hammetta nie zjadł własnego ogona, wpadając w samonaśladownictwo. Parę słów o utworach, jakich możemy posłuchać. Płytę otwiera tytułowe “Chinese Democracy”. Dość rozbudowany wstęp wprowadza w klimat piosenki. Pierwsze takty riffu gitarowego kojarzą mi się, nie wiedzieć czemu z Satisfaction, The Rolling Stonese. Kolejne “Shackler’s Revenge” pokazuje, że z wiekiem Axl nie stracił pazura. Podobno utwór został wykorzystany, w jakiejś grze komputerowej. Nie udało mi się niestety ustalić, w jakiej. Następne “Better” i “Street of Dreams” to, klasyczne Guns N’ Roses w nowoczesnej aranażacji. Bliżej im jednak do “Use Your Illusion” niż “Appetite…” Zresztą tak jest z całą płytą. “IRS” nawiązuje trochę do “Civil War”, choć początek tego ostatniego jest wsamplowany w utwór “Madagascar” podobnie, jak słowa Martina Luthera Kinga “I have a dream” z pamiętnego wystąpienia z sierpnia 1963 r. Prawdziwą perłą jest dla mnie “This I love” – smutna ballada o rozstaniu i związanym z nim cierpieniem. Gdy posłuchałem jej pierwszy raz, ciarki przeszły mi po plecach. Miałem wrażenie, jakbym wsiadł do wehikułu czasu. “Chinese Democracy” to moim zdaniem płyta bardzo równa. Brzmi dobrze, jako całość, choć każdy z utworów stanowi też osobny rozdział. Odkąd wyszła słucham jej praktycznie bez przerwy. Od czasu do czasu włączam stare “Use Your Illusion”. Zasadniczo nie potrafię wyprowadzić, wobec nowego dzieła Guns’ów armat krytyki. Niewiele wydaje się dziś rzeczy, których chcę słuchać, dlatego tym bardziej doceniam to, czego dokonał Axl. Zdaje sobie sprawę, że moich zachwytów nie podzieli wielu starych fanów zespołu. Guns N’ Roses Anno Domini 2008 to jednak inna jakość. Nie uważam jednak, by była to jakość mniejsza niż ta z początku lat 90-tych. Na koniec ciekawostka. Axl Rose zniknał gdzieś tuż przed premierą. W chwili największego szumu zaszył się w miejscu, którego nikt nie zna. Jak twierdzą wydawcy, nie przyczyni się to dobrze do promocji krążka. Pewnie 13 milionów USD się nie zwróci. Muzyka broni się jednak sama…
Archiwum kategorii ‘Muzyka’
Guns N’ Roses – Chińska Demokracja
04/12/2008niech wygra najlepszy?
30/11/2008Klaudia Kulawik, 11-letnia uczestniczka programu Mam Talent zajęła drugie miejsce w finale tego widowiska. Co ciekawe, jej wykonanie piosenki Stana Borysa, było najsłabszym wokalnie występem. Zasadniczo nie byłoby powodu, by ten temat poruszać, gdyby nie fakt, że wysoka pozycja Klaudii uwidoczniła pewien ciekawy mechanizm społeczny. Oto dziewczyna, która ewidentnie nie poradziła sobie z wybranym utworem i na tle innych uczestników wypadła blado, zdeklasowała rywali. Na pytanie dlaczego tak się stało, nasuwa się pewna odpowiedź. Zaraz po występie Klaudii, Kuba Wojewódzki stwierdził, że nie widzi dla niej miejsca na polskiej scenie muzycznej. Przypuszczalnie te słowa jurora, przyczyniły się do tego, że miliony telewidzów wybrało ją numerem 2 programu. Nieprzebrane rzesze wzięły dziewczynkę w obronę, mimo że nie została ona zaatakowana. Wypowiedź Wojewódzkiego nie nosiła bowiem znamion złośliwości. Człowiek ten abstrahując od swego sposobu bycia, zna polski rynek muzyczny, jak mało kto i wyartykułował opinię, na którą mało kto by się odważył. Bo jak skrytykować 11-latkę, która owszem ma wyjątkowy głos, ale każdym występem udowadniała, że sam talent to nie wszytko? Owszem można ją nazwać nieoszlifowanym diamentem, który zamieni się w cenny brylant. Gdy jednak próbuję sobie wyobrazić miejsce Klaudii w polskim showbiznesie za 5-7 lat, nijak nie umiem znaleźć dla niej odpowiedniej niszy. Patetyczne utwory, które dobrano dla niej na potrzeby programu, zaszufladkowały ją tak skutecznie, że nawet jasnowidz miałby problem z zobaczeniem Klaudii w radosnym, adekwatnym do wieku repertuarze. Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy wspomnieć. Dziewczyna, podczas wszystkich występów była niewarygodnie smutna. Można odnieść wrażenie, że ciężar, jaki kazano jej nieść, był nieznośny. Inne dzieci, które brały udział w programie emanowały młodzieńczą radością i energią. Klaudia była po prostu smutna. Można odnieść wrażenie – być może jest to nieuzasadniona teza – że wielką wygraną nie jest dziewczyna, ale jej rodzice.
III Wojna Światowa?
31/08/2008Ponad 3 tygodnie minęło od ostatniego wpisu… Przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć o olimpiadzie (podczas ceremonii zamknięcia jednomyślnie z Żoną wypowiedzieliśmy z uśmiechem: “wreszcie”). Sytuacja w Gruzji nie zajmuje już codziennie pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Zdarzyło się kilka katastrof lotniczych. Płynie z tego wszystkiego brutalna myśl, że świat pędzi do przodu na tyle szybko, że kolejna zmiana wymusza zapomnienie o poprzedniej. I tylko przez głowę mi przyszło, gdy Rosja uznała niepodległość Osetii Południowej, że ten maraton w dziwny sposób biegnie ku III Wojnie Światowej. Być może zabrzmi to defetystycznie, ale nasuwają mi się analogie z latami 30-stymi ubiegłego stulecia. Ta myśl prowadzi – przejściowo na szczęście - do podskórnej utraty poczucia bezpieczeństwa. Za chwilę już biegnę w kierunku dramatu pod tytułem: co z nami będzie, w razie gdyby? Pomijam fakt, że nad horyzontem zachodniej gospodarki rozciąga się widmo recesji. Na szczęście na czarny czwartek, póki co się nie zanosi, choć mamy do czynienia z ewidentnym hamowaniem gospodarki (może za wyjątkiem chińskiej). Smaczku dodaje fakt, że w rejonach ropo i gazonośnych mamy przeplatankę terrorystycznej wojny podjazdowej z jednej strony i najazdu mocarstwa na nieposłuszne i dumne państwo z drugiej.
Niedawno oglądałem bardzo stary film dokumentalny o ostatnich miesiącach przed II Wojną Światową. Przedstawiono w nim tajne dokumenty ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Oba państwa, wbrew oficjalnym zapewnieniom o interwencji zbrojnej w obronie Polski w razie wojny, podjęły po cichu decyzję o tym, że Polsce nie pomogą. Dzisiejsza polityka zagraniczna nie różni się specjalnie od tej z czasów Nevilla Chamberlain’a i Édouarda Daladier. Dlatego pomimo oczywistej niechęci do obecnie urzędującego prezydenta Rzeczpospolitej przyjąłem bardzo pozytywnie, to co ucznynił i czyni w sprawie Gruzji. Oczywiście zaraz odezwały się głosy (o ironio głównie z lewej strony sceny politycznej), że Kaczyński rujnuje politykę zagraniczną. Owszem wypowiedział wiele ostrych słów, wiele z nich było politycznie niepoprawnych. Nie oszukujmy się: Rosja nie daruje nam ich. Tylko, że trzeba było stanąć w obliczu wyboru: wydać nic nieznaczącą notę dyplomatyczną, lub twardo opowiedzieć się po stronie państwa, któremu Rosja zadała gwałt. I nasuwa się następująca konstatacja: ci którzy dziś krzyczą o niszczeniu polityki zagranicznej, skutecznie uniemożliwili Polsce dywersyfikację paliw płynnych (zapominalskim przypomnę: zerwanie umowy z Norwegami przez rząd Millera). No i znaleźliśmy się w sytuacji, w której Rosja rzeczywiście może nam dopiec, w zemście za twardą postawę wobec agresji na Gruzję.
Dzisiaj słuchałem dwóch utworów z czasów Powstania Warszawskiego we współczesnym wykonaniu zespołu Armia. Oba są pewnie znane wszystkim: jeden to “Warszawskie dzieci” drugi “Pałacyk Michla” (dla zainteresowanych link: http://www.myspace.com/armiaband). Piosenki opiewają bohaterstwo młodych ludzi, którzy potrafili oddać życie w sytuacji próby. Bardzo jestem ciekaw, jak ta próba wyglądałaby w dzisiejszych czasach? Niech to będzie konkluzja krótkich rozważań o wojnie. Oby nie nadeszła!
Wszystkim, którzy dopatrują się we mnie zachowań paranoidalnych po przeczytaniu tego tekstu, uspokajam: wszystko ze mną w porządku, jeno skojarzenia mam czasem dość sugestywne
Europejskie? Miasto kultury!
20/07/2008Kilka dni temu napisałem o prowincjonalnym charakterze Lublina, który momentami wydaje mi się być bez polotu, zwłaszcza w zestawieniu z metropoliami pokroju Krakowa. Wczoraj miałem okazję uczestniczyć fragmentarycznie w imprezie, która zadaje kłam takiemu spojrzeniu. Festiwal Inne Brzmienia, bo o nim mowa dobrze pokazał, że przy odrobinie dobrej woli i wsparciu włodarzy miasta można zorganizować kulturalne święto na krajowym, a nawet międzynarodowym poziomie. Obserwuję bacznie to, co dzieje się w Lublinie i zaczynam szczerze wierzyć, że pretendowanie do miana Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku nie musi być marzeniem zakompleksionych prowincjuszy i czczą gadaniną. Przykład ostatnich miesięcy pokazuje, że przy wytężonej pracy Lublinian “2016″ może stać się faktem. Weźmy chociaż Festiwal Teatrów Europy Środkowej „Sąsiedzi”, który miał miejsce w czerwcu, czy Noc Kultury. Obie imprezy były swoistym wyjściem sztuki z salonów, teatrów, galerii na ulicę. Co więcej to wyjście nie zbrukało sztuki, nie sprowadziło jej do rynsztoka, ale dało jej większy, mniej snobistyczny krąg odbiorców. Nie przeceniam tychże ostatnich. Być może będą niedzielnymi koneserami. Jedno jest jednak pewne: zetknęli się na ulicy, którą codziennie przechodzą z czymś, co wykracza poza jej materialne ramy i powoduje głębszy namysł nad rzeczywistością. I choćby ten namysł był ulotną chwilą, sukcesem jest obopólna współpraca artystów, którzy nie pogardzili tłumem, w myśl maksymy: odi profanum vulgus i odbiorcami, którzy być może na te 5 minut nie patrzyli na artystów, jak na obłąkanych ekscentryków. Entuzjazm emanuje z tego wpisu i nie mam zamiaru nawet szukać przewrotnej puenty. Życzę dobrej nocy, tudzież dobrego dnia.
“(…)szamanije micha z roslin magickich”
06/07/2008Po latach zapomnienia powróciłem dziś do twórczości legendy czeskiego gotyku, zespołu XIII Stoleti. Ostatnimi czasy słucham samych starych płyt, bo jakoś na rynku nie znajduję, poza jednym wyjątkiem niczego, co poruszyłoby mnie na tyle, bym chciał niszczyć swój zmysł słuchu (muzyki słucham głośno i ze wzmocnionymi basami – inaczej nie potrafię). XIII Stoleti to grupa, która wywołuje we mnie mieszane uczucia: z jednej strony mamy do czynienia z dość śmieszną wampiryczną otoczką z wilkami na teledyskach zaśpiewaną, co najlepsze po czesku, z drugiej niezbyt odkrywczym gitarowym graniem mieszającym klimaty a la Sisters Of Mercy z metalem. Można by rzec po tym opisie: nic ciekawego. A jednak XIII Stoleti, to jeden z nielicznych zespołów, z którym podczas słuchania go, wyśpiewuję większość utworów – oczywiście po czesku
Do kultowych należą teksty: “Szamanije micha z roślin magićkich”, czy “Elizabeth twa krwawa cesta boł wichem-se zda”. Z nostalgią spoglądam na lata 90-te, kiedy to każdy tydzień, czy nawet dzień niósł w moim życiu “melomana” kolejne odkrycia i podniety w postaci ciarek przechodzących po plecach, przy takiej czy innej solówce gitarowej, lub przejściu na perkusji. I może w tym tkwi fenomen braku zachwytu nad muzyką z czasów obecnych? Czyżby przez siłę wspomnień właśnie, mogę słuchać w kółko jednej płyty, która premierę miała 10, czy 15 lat temu? Mimo wszystko jest mi przykro, że śladem innych ludzi, którzy zatrzymali się na pewnym etapie nie potrafię znaleźć czegoś dla siebie na obecnym rynku muzycznym. Jedynym wyjątkiem jest może płocki zespół Lao Che, który wydając w 2005 roku “Powstanie Warszawskie” rozkochał mnie w swoim cross-over’owym graniu i jeszcze do tego w samym wydarzeniu Powstania, które w czasie edukacji szkolnej było dla mnie zupełnie niezrozumiałym aktem samobójczym tysięcy młodych Polaków. Dziś za sprawą Żony odkryłem jeszcze brytyjski zespół Editors, który wystąpił na tegorocznym Open’er Festival. Światełko w tunelu chciałoby się pomyśleć. Problem tylko w tym, że zarówno Lao Che, jak i Editors swe muzyczne korzenie mają w tej samej epoce, w której ja wyrosłem. Czy można więc mówić o nich w kategoriach nowości lub świeżości? Zresztą po kiego grzyba kategoryzować. “Piękne jest to, co oglądane podoba się” mawiał Kant… I pięknie