Archiwum kategorii ‘Polityka’

Ein Volk – ein Reich – ein Führer

18/02/2009

W ostatnim czasie mocno zainteresowały mnie środowiska o skrajnie prawicowych, integrystycznych poglądach. Zacząłem przeglądać i uczestniczyć w różnych forach, które grupują ludzi myślących kategoriami, którym często blisko do fundamentalizmu znanego nam współcześnie z Bliskiego Wschodu. Oczywiście fundamentalizm ten jest “katolicki”. Ująłem w cudzysłów to słowo, bo moim zdaniem wbrew obiegowym opiniom, ma on z katolicyzmem niewiele wspólnego. Bardziej nasuwa mi się skojarzenie z nacjonalizmem podszytym religią, który to religię traktuje instrumentalnie, jako rodzaj spoiwa, które ma scalać pewną całość. Analogia, jaka przychodzi mi do głowy, to slogan Radia Maryja mówiący, iż to radio jest “katolickim głosem w twoim domu”. Budzi to mój sprzeciw nie tylko dlatego, że katolikos z definicji oznacza “powszechny”. Postawy, jakie można zaobserwować, gdy wniknie się w środowiska – nazwijmy je bardzo umownie – narodowymi, charakteryzuje reinterpretacja takich pojęć, jak naród, Kościół, ojczyzna. Słowa te nabierają znaczenia wytrychów, którymi można wyważyć każde drzwi. Jeśli coś, w opinii tych środowisk jest złe, oznacza to, że jest zdradzieckie, wrogie, niepolskie, polskojęzyczne,  niekatolickie czy wreszcie żydowskie.

W opiniach, które można przeczytać na licznych blogach i forach, można znaleźć szereg porównań, mediów nazywanych przez nie liberalnymi (z Gazetą Wyborczą na czele) do propagandowej prasy III Rzeszy. Próba wytłumaczenia jednemu z użytkowników forum, że definicyjnie bliżej do Völkischer Beobachter, Naszemu Dziennikowi, z racji jednostronności i manipulowania faktami jest awykonalne. Podobnie modne jest używanie w określeniu do gazet typu Dziennik i Gazeta Wyborcza porównania do Trybuny Ludu. Na nic tłumaczenia, że na łamach tej, czy innej gazety pojawiają się różne głosy w dyskusjach, polemiki, które są wyznacznikiem pluralizmu. Gazeta ze swej istoty ma reprezentować jeden pogląd i jedną wizję.

Zauważalny w wypowiedziach ludzi spod znaku toruńskiej stacji jest problem ze stosunkiem do demokracji. Skoro bowiem, jest jedna prawda i jedna racja, to o pluraliźmie nie może być mowy. Co w takim razie uczynić z tymi, którzy reprezentują poglądy odmienne od tych czytanych na łamach Naszego Dziennika? Zamknąć ich? Rozstrzelać? Zmusić siłą do zmiany poglądów? Pojęcia takie, jak demokracja i wolność słowa są więc traktowane instrumentalnie. Przejawem łamania wolności słowa, jest np. konflikt Radia Maryja z operatorem telewizji kablowej UPC. Nie ważne, że dyrektor radia nie chciał podpisać z operatorem umowy. Innym przykładem gwałtu na wolności słowa, jest niedostępność Naszego Dziennika na niektórych stacjach benzynowych. Nie jest tu istotny czynnik ekonomiczny i takie fakty, jak niska sprzedawalność gazety na stacjach. Skoro nie ma gazety na stacji X., a o zgrozo można na niej kupić Wyborczą, nie może być mowy o czymś innym niż spisek.

Kolejnym fenomenem zaobserwowanym przeze mnie, jest niebywała wręcz umiejętność udzielenia odpowiedzi na każde pytanie. Do tego właśnie służą słowa wytrychy wspomniane wyżej. Świat jest czarno-biały, nie występują w nim konflikty moralne. Jeżeli już ktoś ich doświadcza, nie może nazywać siebie katolikiem i Polakiem.

Nie chcę wnikać w przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Zapewne wiele mogliby orzec naukowcy zajmujący się psychologią i socjologią. Nasuwa się tylko skojarzenie z tym, co w którejś z książek napisała o mężczyznach Manuela Gretkowska – cytat z pamięci – facet jest najprostszą z maszyn, do jego obsługi służy jedna dźwignia. Podobnie tu: na wszystko znajdzie się remedium – jeden naród, jedno państwo, jeden wódz.

AKTUALIZACJA: tekst został zamieszczony również w portalu Wiadomości24 – link

Lefebryści górą?

27/01/2009

Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z czterech biskupów schizmatyckiego Bractwa Świętego Piusa X w tym Richarda Williamsona, zwolennika tzw. kłamstwa oświęcimskiego. Przyznać muszę, że zaskoczyła mnie ta informacja podobnie, jak wielu watykanistów i teologów. Na komentarze nie trzeba było czekac długo. Sprawa została zauważona zarówno przez media, jak i organizacje żydowskie z Instytutem Yad Vashem na czele. Reakcja na decyzję papieża nie zaskakuje mnie. Pomijając aspekt najbardziej sensacyjny, czyli obecność na liście “ułaskawionych” biskupa Williamsona, mamy do czynienia z próbą wprzęgnięcia lefebrystów strukturę Kościoła hierarchicznego i zapewne docelowo uczynienie z nich prałatury personalnej ze statusem podobnym do Opus Dei. Problem w tym, że samo zniesienie ekskomuniki nie rozwiązuje wielu spornych kwestii.

Wystarczy wziąć do ręki wydawane przez bractwo pismo “Zawsze Wierni”, a wątpliwości nasuwają się same. Pierwszą i zasadniczą z nich jest negacja postanowień Soboru Watykańskiego II, który założyciel tradycjonalistów abp Marcel Lefebvre nazywał protestantyzacją Kościoła. Lefebryści podważają nie tylko posoborową Mszę Świętą, ale też kształt dialogu międzyreligijnego, który Sobór zapoczątkował. Przykładem niech będzie  Światowy Dzień Modlitwy o Pokój, w którym 27 października 1986 r uczestniczyli przedstawiciele największych religii z Janem Pawłem II na czele. Oddajmy głos w tej sprawie bractwu:

“(…) zasadniczym błędem Soboru i posoborowych reform jest ekumenizm. Novus Ordo Missae, nowy Kodeks Prawa Kanonicznego (z jego nową definicją Kościoła jako „ludu Bożego”), ekumeniczna Biblia etc. – źródłem wszystkich tych nowinek jest ekumenizm, który inspiruje również nową teologię, spotkanie w Asyżu oraz ideę powszechnego zbawienia w przemówieniach Jana Pawła II.”  Zawsze wierni nr 3/2001 (40)

Nietrudno zauważyć, że mamy do czynienia z mówieniem o błędach Kościoła w powyższych kwestiach. Ducha jednak, tego, co tak naprawdę myślą lefebryści oddaje podpis pod zdjęciem z Asyżu znaleziony na blogu Kronika Novus Ordo: “Wikariusz Chrystusowy posadzony karnie między heretyki, schizmatyki, szamany i inne pogany”. Powstaje więc pytanie, jak ma się ukute przez Jana Pawła II pojęcie Nowej Ewangelizacji do postawy integrystów i w jaki sposób pogodzić misyjny charakter Kościoła z ich integrystycznym zamknięciem?

Są też inne wątpliwości. Tradycjonaliści uznają posoborowy ryt Mszy Świętej za zło Soboru, komunię na rękę za bluźnierstwo – czy przywrócenie Rytu Trydenckiego im wystarczy? Wydaje mi się, że nie i że pojawią się kolejne żądania, by cofnąć Kościół przed rok 1962, w którym Sobór się rozpoczął. Skoro wiele zjawisk, w tym inkulturacja Kościoła jest wprost negowana przez lefebrystów, w jaki sposób ma wyglądać dialog z nimi? Są to pytania, na które nie znamy odpowiedzi.

Problem kłamstwa oświęcimskiego podnoszony przez media jest w gruncie rzeczy najłatwiejszy do zażegnania. Nie zmienia to jednak faktu, że oficjalnie przywrócony na łono Kościoła bp. Williamson staje się jego wizytówką. Najgorsze, że ta wizytówka, jest zaprzeczeniem tego, co wypracował w czasie swego pontyfikatu Jan Paweł II. Szacunek do starszych braci w wierze, wyrażony choćby wizytą w synagodze w Rzymie, czy modlitwą pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie ustępuje w wypowiedziach człowieka, który neguje komory gazowe. Owszem, znamy wiele antysemickich wypowiedzi pasterzy Kościoła, ale nie zostają oni nagrodzeni w świetle jupiterów zdjęciem kościelnej kary. Jeszcze bardziej dramatyczny jest fakt, że tradycjonaliści nadal wyznają zasadę teologicznego bogobójstwa przez naród żydowski. Choć Sobór zamknął raz na zawsze ten rozdział w historii Kościoła, oto wraca on rykoszetem z integrystycznych okopów.

I choć wierzę, że intencją Benedykta XVI jest zabieganie o jedność, to tego ruchu w kierunku lefebrystów nie rozumiem. A chciałbym.

Kryzys?

18/01/2009

Ostatnimi czasy media bombardują nas ze wszystkich stron informacjami o kryzysie gospodarczym. Słowo “kryzys” zostało już chyba odmienione przez wszystkie przypadki. Przedmiotem tego wpisu nie będzie jednak refleksja nad tym czy kryzys występuje. Interesuje mnie bardziej rola w nim mediów.

Duży wpływ na gospodarkę ma zaufanie do rynku i jego instrumentów. Rynek z kolei nie jest tworem niezależnym od okoliczności politycznych i społecznych. Na przykładzie Rosji widać, jak istotne były dla tamtejszej gospodarki wydarzenia polityczne. W momencie inwazji na Gruzję, a potem w sporze o gaz z Ukrainą, Rosja przestała być postrzegana, jako odpowiedzialny partner gospodarczy. Miało to odbicie w finansach tego kraju i zatrzymaniu ekspansji inwestycyjnej przez światowe koncerny na jego terytorium. Rynek rosyjski przez te wydarzenia stał się w oczach inwestorów niestabilny.

W powyższym przykładzie mieliśmy do czynienia z utratą zaufania spowodowaną taką, a nie inną polityką prowadzoną przez rząd Władimira Putina. Tymczasem w krajach stabilniejszych politycznie, do których można zaliczyć Polskę, większą nawet, niż czynniki polityczne rolę w kształtowaniu obrazu rynku odgrywają media. Rzecz już nie w tym, że o kryzysie się pisze, ale ile i jak się pisze. Nie ma dnia, w którym nie pojawiłyby się wiadomości traktujące o tym zjawisku. Skomasowany charakter tych informacji przekłada się, w nieokreślonym niestety stopniu, na poziom zaufania do rynku.  Oczywiście nie twierdzę, że kryzys ma miejsce z winy mediów. Ale niezliczone ilości analiz obecnej sytuacji na pewno nie trafiają w próżnię. Ogromne zapotrzebowanie na prognozy długoterminowe,  które coraz liczniejsi zaczynają traktować, jak proroctwo, a które starają się zbierać media stają się coraz mniej użyteczne. Nikt w tym momencie nie jest w stanie przedstawić wiarygodnej wizji następnych 12 miesięcy, nie wspominając o okresie dłuższym. Wizje mimo wszystko się pojawiają, a popyt na nie przypomina trochę kolejkę do wróżki.

Na forum użytkowników aparatów firmy Canon pojawiła się kilka tygodni temu dyskusja na temat wzrostu cen lustrzanek cyfrowych i obiektywów. Oczywiście tyle opinii, ilu uczestników dyskusji. Przewagę w pewnym momencie zaczęli mieć zwolennicy tezy, że ceny pójdą w górę. Jeden z przedstawicieli mediów, który brał udział w dyskusji, był wielce oburzony, gdy zaprezentowałem swoje stanowisk0, które pokrywa się z tym co powyżej napisałem. Był czołobitnie przekonany, że informacje podawane przez media należy przyjmować niczym dogmaty w Kościele Katolickim.  Ja jednak uważam – i niech to będzie puenta tego wpisu – że należy mieć dystans do wszelkich informacji, co nie jest tożsame z domniemaniem, że są one nieprawdziwe. Rzecz w tym, że wiadomość czy analiza pokazuje pewien fragment rzeczywistości, ale nie będzie się on odnosić do jej wszystkich aspektów. Im wyższy stopień abstrakcji w doniesieniach medialnych, a im mniej konkretów, tym więcej trzeba dystansu w ferowaniu wyroków i wniosków na przyszłość.

Blogowanie

17/01/2009

W poprzednim wpisie zachęcałem do odwiedzania blogów,  do których linki zamieściłem w swoim Nieregularniku. Muszę przyznać, że w ostatnim czasie zainteresowałem się sztuką blogowania. Niesamowite, jak rozwinęła się ta część sieciowych serwisów.  Przy okazji zrozumiałem, jak przydatnym narzędziem w autopromocji może być blog.

Oprócz wymienionych przedwczoraj serwisów dwóch fotoedytorek z “Gazety Wyborczej” czytam namiętnie blog Janusza Palikota dostępny na stronie www.palikot.blog.onet.pl. Jest o tyle ciekawy, że pokazuje niejako drugą twarz tego kontrowersyjnego polityka. Choć zdaję sobie sprawę, że czytelnikom o odmiennych poglądach politycznych samo słowo Palikot kojarzy się pejoratywnie, zapraszam do przeczytania choćby wpisu z 15 stycznia, o wszystko mówiącym tytule “Księga obelg” (link: tu). Treść powyższego wpisu powinna popsuć humor wszystkim tym, którzy dopatrują się wysokiego poziomu debaty publicznej u polityków Prawa i Sprawiedliwości.  To, co napisał Palikot nie jest może odkrywcze, ale demaskuje – jakby na to nie patrzeć – faryzeizm PiS-owskich działaczy. Nie pierwszy raz i nie ostatni, jak sądzę. Można się zastanawiać nad tym czy język, którego używa ten polityk mieści się w kanonie debaty publicznej, czy jakiejkolwiek innej debaty. Z drugiej strony jego political incorrectness pokazuje, że pewne rzeczy można mówić wprost nie stosując zawoalowanych i zakonspirowanych między wierszami form. Palikot w pewnym sensie kojarzy mi się z Kazikiem Staszewskim, który w swoich tekstach bezkompromisowo obnażał półprawdy, absurdy i hipokryzję.

Cóż, można dalej pytać czy wypada, czy się godzi stosować tak nieelegancką retorykę, jak Janusz Palikot itp. Z drugiej strony można postawić pytanie: co jest lepsze: kłamstwo i absurd podane w białych rękawiczkach, czy prawda w wydaniu z wypowiedzi posła? Albo konkretnie: jak zareagować na manipulację i kłamstwo byłej minister Gęsickiej? Potakiwaniem – czyli potwierdzeniem, że kłamstwo jest prawdą, czy też ciętą ripostą?

Rozważanie granic wolności wypowiedzi jest, jak najbardziej na miejscu. Problem jest jednak bardzo skomplikowany, bo i granica jest dość płynna. Tłumienie jej można interpretować, jako rodzaj knebla, który w imię demokracji zakłada się wolnemu słowu. Pozwalanie na wszystko jest z kolei przejawem głupoty. Niestety nie ma prostych odpowiedzi.

Odbiegłem trochę od tematu głównego, którym miało być blogowanie jako takie. Wydaje mi się jednak, że przykład blogu niepokornego posła z Lublina dobrze pokazuje, czym jest taki internetowy pamiętnik. Każdy może wyrazić swoje poglądy, przekazać światu istotne dla niego rzeczy. Dobry to pomysł, choć w zasadzie jest niczym więcej, jak nowoczesną formą tego, co kiedyś zawierało się sztambuchach, pamiętnikach, dziennikach. Podstawowa różnica to zasięg: zeszyt mógł przeleżeć w szufladzie, a blog gdy kliknie się “publikuj” jest dostępny na krańcach świata.

“O co wyjesz, wyjcu?”

02/09/2008

Stali czytelnicy domyślają się, że nie mogę pozostawić bez komentarza wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych. W telegraficznym skrócie: Lech Kaczyński przedstawia kolejnych uczestników obchodów. Gdy pada nazwisko Bogdana Borusewicza gawiedź, która przyjechała, zapewne z poruczenia ojca dyrektora zaczęła buczeć, gwizdać i wykrzykiwać: hańba.

Kolejny raz ludzie, którzy w czasach Sierpnia ‘80, głowy mieli głęboko schowane w piasek lub co gorsza aktywnie działali w POP próbują znieważyć człowieka, który dał świadectwo odwagi i poświęcenia. I pewnie nie poruszałbym tego tematu, bo takie zachowania należy marginalizować, gdyby nie wypowiedź Władysława Bartoszewskiego. Bolszewizacja to słowo klucz, którego użył Profesor. Miał rację. Dla ludzi, którzy próbowali wykpić Borusewicza istnieje tylko jeden głos, jedna racja i jeden wódz. Jest nim Tadeusz Rydzyk i jego usta Jerzy Robert Nowak. I wstrząsające jest stwierdzenie Bartoszewskiego, który mówi, że nic nie jest w stanie go już zdziwić, po tym jak w czasie obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowane grupy spod ciemnej toruńskiej gwiazdy robiły na cmentarzu powązkowskim awanturę. Nawet SB – stwierdza Bartoszewski – w czasie obchodów rocznic nie odważyło się robić z cmentarza miejsca awantury.

Płynie z tego wszystkiego, ważny moim zdaniem wniosek. Mianowicie: widać, jak na dłoni, jaki wpływ na swoich słuchaczy ma Rydzyk i jego straż przyboczna. Jak to katolickie – z nazwy – radio uczy miłości, odpowiedzialności i pojednania. I skoro już poruszam sprawę kanonu chrześcijańskich zachowań nie mogę nie wspomnieć słów Chrystusa: “po owocach ich poznacie”. Wiem, że żadna z osób odpowiedzialnych za sprawę toruńskich mediów pewnie tego nie przeczyta, a jednak pokuszę się o apel:zróbcie wreszcie porządek na Żwirki i Wigury w Toruniu. Inaczej katolicyzm będzie coraz częściej kojarzyć się w Polsce z nienawiścią, zgorszeniem i brukaniem pamięci o bohaterach. Katolikos znaczy “powszechny”, jak działalność mediów i szkoły Rydzyka ma się do misji Kościoła?

I na koniec zamiast komentarza zacytuję jeszcze raz Bartoszewskiego: “o co wyjesz, wyjcu?” Gdzie byłeś gdy Borusewicz i Wałęsa walczyli o Polskę?

III Wojna Światowa?

31/08/2008

Ponad 3 tygodnie minęło od ostatniego wpisu… Przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć o olimpiadzie (podczas ceremonii zamknięcia jednomyślnie z Żoną wypowiedzieliśmy z uśmiechem: “wreszcie”). Sytuacja w Gruzji nie zajmuje już codziennie pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Zdarzyło się kilka katastrof lotniczych. Płynie z tego wszystkiego brutalna myśl, że świat pędzi do przodu na tyle szybko, że kolejna zmiana wymusza zapomnienie o poprzedniej. I tylko przez głowę mi przyszło, gdy Rosja uznała niepodległość Osetii Południowej, że ten maraton w dziwny sposób biegnie ku III Wojnie Światowej. Być może zabrzmi to defetystycznie, ale nasuwają mi się analogie z latami 30-stymi ubiegłego stulecia. Ta myśl prowadzi – przejściowo na szczęście  - do podskórnej utraty poczucia bezpieczeństwa. Za chwilę już biegnę w kierunku dramatu pod tytułem: co z nami będzie, w razie gdyby? Pomijam fakt, że nad horyzontem zachodniej gospodarki rozciąga się widmo recesji. Na szczęście na czarny czwartek, póki co się nie zanosi, choć mamy do czynienia z ewidentnym hamowaniem gospodarki (może za wyjątkiem chińskiej). Smaczku dodaje fakt, że w rejonach ropo i gazonośnych mamy przeplatankę terrorystycznej wojny podjazdowej z jednej strony i najazdu mocarstwa na nieposłuszne i dumne państwo z drugiej.

Niedawno oglądałem bardzo stary film dokumentalny o ostatnich miesiącach przed II Wojną Światową. Przedstawiono w nim tajne dokumenty ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Oba państwa, wbrew oficjalnym zapewnieniom o interwencji zbrojnej w obronie Polski w razie wojny, podjęły po cichu decyzję o tym, że Polsce nie pomogą. Dzisiejsza polityka zagraniczna nie różni się specjalnie od tej z czasów Nevilla Chamberlain’a i Édouarda Daladier. Dlatego pomimo oczywistej niechęci do obecnie urzędującego prezydenta Rzeczpospolitej przyjąłem bardzo pozytywnie, to co ucznynił i czyni w sprawie Gruzji. Oczywiście zaraz odezwały się głosy (o ironio głównie z lewej strony sceny politycznej), że Kaczyński rujnuje politykę zagraniczną. Owszem wypowiedział wiele ostrych słów, wiele z nich było politycznie niepoprawnych. Nie oszukujmy się: Rosja nie daruje nam ich. Tylko, że trzeba było stanąć w obliczu wyboru: wydać nic nieznaczącą notę dyplomatyczną, lub twardo opowiedzieć się po stronie państwa, któremu Rosja zadała gwałt. I nasuwa się następująca konstatacja: ci którzy dziś krzyczą o niszczeniu polityki zagranicznej, skutecznie uniemożliwili Polsce dywersyfikację paliw płynnych (zapominalskim przypomnę: zerwanie umowy z Norwegami przez rząd Millera). No i znaleźliśmy się w sytuacji, w której Rosja rzeczywiście może nam dopiec, w zemście za twardą postawę wobec agresji na Gruzję.

Dzisiaj słuchałem dwóch utworów z czasów Powstania Warszawskiego we współczesnym wykonaniu zespołu Armia. Oba są pewnie znane wszystkim: jeden to “Warszawskie dzieci” drugi “Pałacyk Michla” (dla zainteresowanych link: http://www.myspace.com/armiaband). Piosenki opiewają bohaterstwo młodych ludzi, którzy potrafili oddać życie w sytuacji próby. Bardzo jestem ciekaw, jak ta próba wyglądałaby w dzisiejszych czasach? Niech to będzie konkluzja krótkich rozważań o wojnie. Oby nie nadeszła!

Wszystkim, którzy dopatrują się we mnie zachowań paranoidalnych  po przeczytaniu tego tekstu, uspokajam: wszystko ze mną w porządku, jeno skojarzenia mam czasem dość sugestywne :P

Grabarz polskiej lewicy?

28/07/2008

Patrząc na polską lewicę w różnych konfiguracjach mam od dawna nieodparte wrażenie, że źródłem jej kłopotów są problemy z tożsamością. Nie pomaga nawet odmłodzenie kadry kierowniczej SLD. Jego przywódcy, jak nie mieli pomysłu na to, w którą stronę ciągnąć swój wózek, tak ciągle nie są nawet bliscy odnalezienia kierunku. I niech nie zwiedzie nikogo homagium, jakie złożył Grzegorz Napieralski premierowi Hiszpanii Jose Zapatero. Pomimo deklaracji budowania europejskiej lewicy, nadal mamy do czynienia z tworem w stanie agonalnym, którego przy życiu sztucznie podtrzymuje respirator znanych nazwisk. Można się zastanawiać dlaczego młodzi ludzie pokroju Olejniczaka, czy Napieralskiego nie potrafią czerpać z wzorców zachodnich. Nie są przecież obciążeni przeszłością i w życiorysach mają o wiele czystsze karty niż wielu starszych kolegów. Odpowiedź na to pytanie nasuwają działania Napieralskiego zaraz po jego wyborze na szefa SLD. Niczym tonący brzytwy chwycił się antyklerykalnej retoryki, która ma prawdopodobnie na celu obłaskawienie coraz bardziej zniecierpliwonego elektoratu zrekrutowanego spośród byłych działaczy PZPR i funkcjonariuszy aparatu opresji PRL. Wraz z nastaniem rządów najpierw PiS-u potem PO zaczęli oni widzieć przed sobą przyszłość w mniej czerwonych kolorach. Perspektywa utraty przywilejów wzbudziła zaś jeszcze większą niepewność. I oto nowy przewodniczący Sojuszu zaraz po wyborze zaczyna mówić znajomym kodem. Niejako składa obietnice: nic wam się nie stanie, tylko mi zaufajcie. Skąd taka interpretacja jego słów? Ano stąd, że nijak nie mogę inaczej zrozumieć sprowadzenia lewicy na polskiej scenie politycznej tylko do tworu mającego w statucie walkę z Kościołem. W głowie mi się nie mieści, że dość inteligentny człowiek, jakim jest Napieralski skazuje swą formację na polityczny niebyt wkładając ją w formę rodem z “Faktów i Mitów”. Żeby bardziej pokomplikować sytuację należy podjąć się jeszcze próby zinterpretowania ciążenia szefa SLD w kierunku PiS-u. Mamy tu do czynienia z przemyślaną taktyką. Nie bardzo jednak wiadomo, co chce ugrać Napieralski. W ostatecznym rozrachunku wzmacnianie pozycji PiS-u poprzez pozostawienie status quo w telewizji publicznej zaprowdzić może tylko do zatopienia SLD. Bardzo symboliczne jest w tym kontekście wyłamanie się w głosowaniu nad ustawą medialną posłów Kalisza i Olejniczaka. Gdzie jednak zaprowadzą polską lewicę najbliższe miesiące pod rządami nowego przewodniczącego tego nie wie nikt. Albo jest genialnym strategiem, albo grabarzem swojej formacji. Mam wrażenie, że jednak to drugie.

Stary niedźwiedź wcale nie śpi

28/07/2008

Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało notę, w której protestuje przeciwko zrównaniu komunizmu z faszyzmem. Analogii między dwoma totalitaryzmami doszukał się prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush. Zapewne z lewej strony posypią się za chwilę różnorodne oceny polityki samego Busha i mniej lub bardziej słuszne porównania z sytuacją sprzed ponad 60 lat. Chciałbym jednak uniknąć oceny postaci prezydenta USA i skupić się na samej jego wypowiedzi. Czyż porównanie obu najbardziej złowrogich ideologii XX wieku nie jest adekwatne? Czy nie jest postawieniem kropki nad i w świecie, który przemilczał i przemilcza zbrodnie komunizmu, po zmianach jakie nastąpiły w Rosji w latach 90-tych? O wiele łatwiej było potępić faszyzm: jako ideologia państwowa zakończył de facto swój żywot w 1945. I choć próbował podnieść głowę tu, lub tam, nigdy nie był w stanie się odrodzić z siłą, która zagrażałaby światu. Tymczasem w przypadku komunizmu musiało być utrzymywane pewne status quo, które skutkuje przemilczaniem jego zbrodni na arenie międzynarodowej. Wielki niedźwiedź w postaci Rosji, skutecznie stoi na straży swoistej schizofrenicznej historiografii, która niby mówi o zbrodniach Stalina, a z drugiej strony przebóstwia go jako zwycięzcę w walce z faszyzmem. Jest to poltyka dawkowania prawdy o epoce sowieckiej. Świat i sami Rosjanie od czasu do czasu dostaje ochłapy potępienia zbrodniczej ideologii. Częściej jednak mamy do czynienia z postawą, jak ta w odniesieniu do Katynia. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo “ludobójstwa nie było”, jest mantrą którą wypowiadają Rosjanie. Oczywiście można ich zrozumieć. Tak naprawdę ich tożsamość narodowa, budowana od podstaw po upadku Związku Radzieckiego zasadza się na kuriozalnej hybrydzie wewnętrznych sprzeczności. Oto mamy Matkę Cerkwię po jednej stronie i wielką Armię Czerwoną po drugiej. Dopóki Rosjanie nie odłożą na bok aresnału imperialnych ambicji i z pokorą nie zaczną patrzeć na cały miniony wiek, każda kolejna próba potępienia komunizmu będzie kończyła się notami protestacyjnymi. Gałąź, na której “siedzi” cały naród rosyjski jest mocno spróćhniała i nie daje nadziei na to, że zostanie zbudowana na niej nowa jego tożsamość. Należy więc się przyzwyczaić, że niedźwiedź będzie porykiwał. Innego sposobu komunikacji ze światem, który uważa za wrogi nie zna.

Stańczyk z Rejtanem na gigancie

23/07/2008

Chyba nie umiałbym przemilczeć dzisiejszej awantury w Sejmie. Ponad 100 posłów PiS niczym kibole na meczu Wisły Kraków z Cracovią paraliżuje posiedzenie komisji regulaminowej. Ma ona zarekomendować odebranie immunitetu Zbigniewowi Ziobrze. Niestety nie znajduję we współczesnym słowniku języka polskiego adekwatnego określenia dla tych wydarzeń. Przychodzą mi do głowy raczej archaizmy. Hucpa na przykład, czyli bezczelność tupet i arogancja. Myślę, że nadaje się świetnie. Żenada: etymologia francuska ale jakże bliska prawdzie. Warcholstwo, czyli sianie zamętu. Można mnożyć i mnożyć określenia nawet do rana. Próbuję przy tym nazwać, co czuję czytając i oglądając w telewizji ten żałosny kabaret? Samoobronie można było nawet jeszcze wybaczyć. Przecież rekrutowała się raczej z nieoświeconych edukacją i kulturą warstw społecznych. Wśród dzisiejszych krzykaczy z PiS-u mamy niestety ludzi, którzy biorąc pod uwagę różne cenzusy zasadniczo z kulturalnym i honorowym zachowaniem powinni mieć więcej wspólnego niż Lepper z Filipkiem. Beata Kempa: prawnik administratywista. Przemysław Gosiewski i Arkadiusz Mularczyk – prawnicy. Zbigniew Girzyński – doktor historii etc, etc, etc. I tylko głównego zainteresowanego brakowało – Zbigniewa Ziobro. Jak twierdzi, nie wiedział o zaplanowanym posiedzeniu. Stu kolegów i koleżanek posłów obecnych na nim, pewnie zapomniało mu powiedzieć. Patrzę i widzę Rejtana rozdzierającego szaty na obrazie Matejki. I jeszcze smutne oczy Stańczyka na innym obrazie. Chyba nic dodać, nic ująć? Bo i po co marnować więcej słów na taką żałość.

Makarony inwestują!

21/07/2008

Dziś odbył się pogrzeb profesora Bronisława Geremka. Nie jest moim celem pisanie w tym miejscu epitafium na cześć zmarłego. Słów tego typu wypowiedziano dziś wiele, więc moje nic nie dodadzą Profesorowi, choć niewątpliwie należy on do osób, które darzę najwyższym szacunkiem. W tym dniu pełnym wielu pięknych mów zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to przemówienie Lecha Kaczyńskiego. Powiem to z pełną szczerością: nie spodziewałem się, iż usłyszę z ust prezydenta pochwałę cnót i dokonań Profesora. Byłem pewien, iż zamilknie on raczej, niż postawi na jego grobie taki laur. Choć nie przepadam za Lechem Kaczyńskim i stylem, w jakim sprawuje władzę, chwila w której wypowiadział zdanie o wielkiej intelektualnej klasie Geremka, była dla mnie ważna. Oracja prezydenta to dowód na to, jakiego formatu człowiekiem, politykiem i mężem stanu był Profesor. Dzieje się tak z tego prostego względu, że trudno określić Lecha Kaczyńskiego, jako przyjaciela zmarłego i powiernika jego idei. Druga rzecz jest mniej zaskakująca, bo zasadniczo można się jej było spodziewać. Ba, nawet oczekiwać. Mimo wszystko dziwi nie jako fakt, lecz jako postawa. Dzień po śmierci Bronisława Geremka “Nasz Dziennik” zamieścił krótką notkę biograficzną. Poza spójnikami, zasadniczo nie było w niej jednego pochlebnego słowa. Paszkwil, innych określeń nie znajduję. Nikogo to oczywiście nie dziwi. Od dawna wiadomo, jaki stosunek media toruńskie mają do wielu bohaterów naszej historii. I oto dziś, w dniu pogrzebu profesora, gdy Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej Tarcisio Bertone w imieniu Benedykta XVI przesyła telegram, w którym mówi o stracie, jaką niesie śmierć tego wielkiego człowieka. Gdy podczas homilii z ust arcybiskupa Gocłowskiego padają słowa o jego wielkim humanizmie, wspomniany “Nasz Dziennik” pisze na swoich stronach internetowych o inwestycjach firmy produkującej makarony. Niewygodnie jest pisać środowisku spod znaku Żwirki i Wigury, że papież, którego interpretuje ono według pokrętnej, często niechrześcijańskiej hermeneutyki wypowiada się dobrze o Profesorze. Kuje w oczy fakt, że mszę pogrzebową koncelebruje trzech biskupów. Wygodnie za to wysyłać w Polskę dr hab. Jerzego Roberta Nowaka (zwanego profesorem), który opluwa wszystkie autoryety (w tym Geremka). Prowadzić wojnę w imię Boga, ojczyzny i honoru. Tylko oręże w tej wojnie słabe, bo są nim mali ludzie pokroju Nowaka, którzy o honorze tylko czytali a za ojczyznę nie walczyli. Wyobraziłem sobie wagę, na której położono dokonania Bronisława Geremka i publicysty Radia Maryja. Choć ojciec dyrektor próbował dorzucić tonażu od siebie, spadł Jerzy Robert Nowak z szali i podnieść się nie może.