Archiwum kategorii ‘Społeczeństwo’

Ein Volk – ein Reich – ein Führer

18/02/2009

W ostatnim czasie mocno zainteresowały mnie środowiska o skrajnie prawicowych, integrystycznych poglądach. Zacząłem przeglądać i uczestniczyć w różnych forach, które grupują ludzi myślących kategoriami, którym często blisko do fundamentalizmu znanego nam współcześnie z Bliskiego Wschodu. Oczywiście fundamentalizm ten jest “katolicki”. Ująłem w cudzysłów to słowo, bo moim zdaniem wbrew obiegowym opiniom, ma on z katolicyzmem niewiele wspólnego. Bardziej nasuwa mi się skojarzenie z nacjonalizmem podszytym religią, który to religię traktuje instrumentalnie, jako rodzaj spoiwa, które ma scalać pewną całość. Analogia, jaka przychodzi mi do głowy, to slogan Radia Maryja mówiący, iż to radio jest “katolickim głosem w twoim domu”. Budzi to mój sprzeciw nie tylko dlatego, że katolikos z definicji oznacza “powszechny”. Postawy, jakie można zaobserwować, gdy wniknie się w środowiska – nazwijmy je bardzo umownie – narodowymi, charakteryzuje reinterpretacja takich pojęć, jak naród, Kościół, ojczyzna. Słowa te nabierają znaczenia wytrychów, którymi można wyważyć każde drzwi. Jeśli coś, w opinii tych środowisk jest złe, oznacza to, że jest zdradzieckie, wrogie, niepolskie, polskojęzyczne,  niekatolickie czy wreszcie żydowskie.

W opiniach, które można przeczytać na licznych blogach i forach, można znaleźć szereg porównań, mediów nazywanych przez nie liberalnymi (z Gazetą Wyborczą na czele) do propagandowej prasy III Rzeszy. Próba wytłumaczenia jednemu z użytkowników forum, że definicyjnie bliżej do Völkischer Beobachter, Naszemu Dziennikowi, z racji jednostronności i manipulowania faktami jest awykonalne. Podobnie modne jest używanie w określeniu do gazet typu Dziennik i Gazeta Wyborcza porównania do Trybuny Ludu. Na nic tłumaczenia, że na łamach tej, czy innej gazety pojawiają się różne głosy w dyskusjach, polemiki, które są wyznacznikiem pluralizmu. Gazeta ze swej istoty ma reprezentować jeden pogląd i jedną wizję.

Zauważalny w wypowiedziach ludzi spod znaku toruńskiej stacji jest problem ze stosunkiem do demokracji. Skoro bowiem, jest jedna prawda i jedna racja, to o pluraliźmie nie może być mowy. Co w takim razie uczynić z tymi, którzy reprezentują poglądy odmienne od tych czytanych na łamach Naszego Dziennika? Zamknąć ich? Rozstrzelać? Zmusić siłą do zmiany poglądów? Pojęcia takie, jak demokracja i wolność słowa są więc traktowane instrumentalnie. Przejawem łamania wolności słowa, jest np. konflikt Radia Maryja z operatorem telewizji kablowej UPC. Nie ważne, że dyrektor radia nie chciał podpisać z operatorem umowy. Innym przykładem gwałtu na wolności słowa, jest niedostępność Naszego Dziennika na niektórych stacjach benzynowych. Nie jest tu istotny czynnik ekonomiczny i takie fakty, jak niska sprzedawalność gazety na stacjach. Skoro nie ma gazety na stacji X., a o zgrozo można na niej kupić Wyborczą, nie może być mowy o czymś innym niż spisek.

Kolejnym fenomenem zaobserwowanym przeze mnie, jest niebywała wręcz umiejętność udzielenia odpowiedzi na każde pytanie. Do tego właśnie służą słowa wytrychy wspomniane wyżej. Świat jest czarno-biały, nie występują w nim konflikty moralne. Jeżeli już ktoś ich doświadcza, nie może nazywać siebie katolikiem i Polakiem.

Nie chcę wnikać w przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Zapewne wiele mogliby orzec naukowcy zajmujący się psychologią i socjologią. Nasuwa się tylko skojarzenie z tym, co w którejś z książek napisała o mężczyznach Manuela Gretkowska – cytat z pamięci – facet jest najprostszą z maszyn, do jego obsługi służy jedna dźwignia. Podobnie tu: na wszystko znajdzie się remedium – jeden naród, jedno państwo, jeden wódz.

AKTUALIZACJA: tekst został zamieszczony również w portalu Wiadomości24 – link

Fotograf wojenny

24/01/2009

James NachtweyDługo nie mogłem otrząsnąć się po obejrzeniu fimu dokumentalnego “War Photographer”. Traktuje on o Jamesie Nachtwey’u – amerykańskim fotografie wojennym, który dokumentował między innymi konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie, Czeczenii czy Ameryce Południowej. Film ukazuje z jednej strony dylemat moralny, z drugiej potrzebę Nachtwey’a by być świadkiem i wyrazicielem tych, którzy w tragicznej sytuacji nie mogą mówić we własnym imieniu. Dylemat natury moralnej polega na zarabianiu pieniędzy za fotografowanie okrucieństw wojny, głodu i cierpienia. Zdjęcia Nachtwey’a w doskonały sposób oddają emocje, które dokumentują. Sam fotograf pytany, jak radzi sobie z nimi mówi, że stara się kanalizować je właśnie w kadrze, który wykonuje.

Kilka tygodni temu w notce “…o epatowaniu cierpieniem” dziwiłem się faktem, że media chętnie sięgają po zdjęcia i relacje filmowe, przedstawiające okrucieństwo. James Nachtwey pyta w “War Photographer”: kto jeśli nie dziennikarze mają pokazać światu bezmiar ludzkich tragedii? Zresztą on sam jest doskonałym przykładem tego, jakie mogą być skutki ich nagłośnienia. To dzięki jego fotografiom świat zainteresował się głodem w Somalii, czy rumuńskimi sierotami.

James Nachtwey - ocalały z obozu śmierci w Rwandzie

Pokora Nachtwey’a i staranie, by efekty jego pracy, były głosem cierpiącej części ludzkości kazały mi zrewidować wcześniejsze poglądy na rolę mediów w przedstawianiu tragedii. Każdy z nas zna z książek do historii zdjęcie przedstawiające ledwo żywych więźniów KL Auschwitz-Birkenau opierających się o druty kolczaste. Jest to wstrząsający obraz ludzkiego okrucieństwa i zarazem przestroga przed nim. Podobnie rzecz widzi Nachtwey, który na swojej stronie internetowej (tutaj) w następujący sposób definiuje sens tego, co robi: “Byłem świadkiem, a te zdjęcia są moim świadectwem. Wydarzenia, które pokazałem nie powinny być zapomniane i nie mogą się powtórzyć”.

Oczywiście rzeczywistość nie jest tak różowa, że wszyscy dziennikarze wojenni reprezentują poziom Nachtwey’a. Jego kolega, operator kamery, dobitnie stwierdza, że ten biznes to szambo. Podaje przy tym przykład reporterów, których zna, a którzy cieszą się gdy są świadkami tragedii – jest to bowiem dla nich okazja do zrobienia wyjątkowego zdjęcia, czy nakręcenia niesamowitego ujęcia. Nachtwey ma inne podejście, które wyraża się w słowach, że zaprzedałby duszę, gdyby zamiast dostrzegania cierpienia jednostek zaczął widzieć w ich tragedii drogę dla swojej kariery.

Dla zainteresowanych zamieszczam link do mocno okrojonej wersji polskiej filmu, dostępnej legalnie na stronie TVP – link

Kryzys?

18/01/2009

Ostatnimi czasy media bombardują nas ze wszystkich stron informacjami o kryzysie gospodarczym. Słowo “kryzys” zostało już chyba odmienione przez wszystkie przypadki. Przedmiotem tego wpisu nie będzie jednak refleksja nad tym czy kryzys występuje. Interesuje mnie bardziej rola w nim mediów.

Duży wpływ na gospodarkę ma zaufanie do rynku i jego instrumentów. Rynek z kolei nie jest tworem niezależnym od okoliczności politycznych i społecznych. Na przykładzie Rosji widać, jak istotne były dla tamtejszej gospodarki wydarzenia polityczne. W momencie inwazji na Gruzję, a potem w sporze o gaz z Ukrainą, Rosja przestała być postrzegana, jako odpowiedzialny partner gospodarczy. Miało to odbicie w finansach tego kraju i zatrzymaniu ekspansji inwestycyjnej przez światowe koncerny na jego terytorium. Rynek rosyjski przez te wydarzenia stał się w oczach inwestorów niestabilny.

W powyższym przykładzie mieliśmy do czynienia z utratą zaufania spowodowaną taką, a nie inną polityką prowadzoną przez rząd Władimira Putina. Tymczasem w krajach stabilniejszych politycznie, do których można zaliczyć Polskę, większą nawet, niż czynniki polityczne rolę w kształtowaniu obrazu rynku odgrywają media. Rzecz już nie w tym, że o kryzysie się pisze, ale ile i jak się pisze. Nie ma dnia, w którym nie pojawiłyby się wiadomości traktujące o tym zjawisku. Skomasowany charakter tych informacji przekłada się, w nieokreślonym niestety stopniu, na poziom zaufania do rynku.  Oczywiście nie twierdzę, że kryzys ma miejsce z winy mediów. Ale niezliczone ilości analiz obecnej sytuacji na pewno nie trafiają w próżnię. Ogromne zapotrzebowanie na prognozy długoterminowe,  które coraz liczniejsi zaczynają traktować, jak proroctwo, a które starają się zbierać media stają się coraz mniej użyteczne. Nikt w tym momencie nie jest w stanie przedstawić wiarygodnej wizji następnych 12 miesięcy, nie wspominając o okresie dłuższym. Wizje mimo wszystko się pojawiają, a popyt na nie przypomina trochę kolejkę do wróżki.

Na forum użytkowników aparatów firmy Canon pojawiła się kilka tygodni temu dyskusja na temat wzrostu cen lustrzanek cyfrowych i obiektywów. Oczywiście tyle opinii, ilu uczestników dyskusji. Przewagę w pewnym momencie zaczęli mieć zwolennicy tezy, że ceny pójdą w górę. Jeden z przedstawicieli mediów, który brał udział w dyskusji, był wielce oburzony, gdy zaprezentowałem swoje stanowisk0, które pokrywa się z tym co powyżej napisałem. Był czołobitnie przekonany, że informacje podawane przez media należy przyjmować niczym dogmaty w Kościele Katolickim.  Ja jednak uważam – i niech to będzie puenta tego wpisu – że należy mieć dystans do wszelkich informacji, co nie jest tożsame z domniemaniem, że są one nieprawdziwe. Rzecz w tym, że wiadomość czy analiza pokazuje pewien fragment rzeczywistości, ale nie będzie się on odnosić do jej wszystkich aspektów. Im wyższy stopień abstrakcji w doniesieniach medialnych, a im mniej konkretów, tym więcej trzeba dystansu w ferowaniu wyroków i wniosków na przyszłość.

Blogowanie

17/01/2009

W poprzednim wpisie zachęcałem do odwiedzania blogów,  do których linki zamieściłem w swoim Nieregularniku. Muszę przyznać, że w ostatnim czasie zainteresowałem się sztuką blogowania. Niesamowite, jak rozwinęła się ta część sieciowych serwisów.  Przy okazji zrozumiałem, jak przydatnym narzędziem w autopromocji może być blog.

Oprócz wymienionych przedwczoraj serwisów dwóch fotoedytorek z “Gazety Wyborczej” czytam namiętnie blog Janusza Palikota dostępny na stronie www.palikot.blog.onet.pl. Jest o tyle ciekawy, że pokazuje niejako drugą twarz tego kontrowersyjnego polityka. Choć zdaję sobie sprawę, że czytelnikom o odmiennych poglądach politycznych samo słowo Palikot kojarzy się pejoratywnie, zapraszam do przeczytania choćby wpisu z 15 stycznia, o wszystko mówiącym tytule “Księga obelg” (link: tu). Treść powyższego wpisu powinna popsuć humor wszystkim tym, którzy dopatrują się wysokiego poziomu debaty publicznej u polityków Prawa i Sprawiedliwości.  To, co napisał Palikot nie jest może odkrywcze, ale demaskuje – jakby na to nie patrzeć – faryzeizm PiS-owskich działaczy. Nie pierwszy raz i nie ostatni, jak sądzę. Można się zastanawiać nad tym czy język, którego używa ten polityk mieści się w kanonie debaty publicznej, czy jakiejkolwiek innej debaty. Z drugiej strony jego political incorrectness pokazuje, że pewne rzeczy można mówić wprost nie stosując zawoalowanych i zakonspirowanych między wierszami form. Palikot w pewnym sensie kojarzy mi się z Kazikiem Staszewskim, który w swoich tekstach bezkompromisowo obnażał półprawdy, absurdy i hipokryzję.

Cóż, można dalej pytać czy wypada, czy się godzi stosować tak nieelegancką retorykę, jak Janusz Palikot itp. Z drugiej strony można postawić pytanie: co jest lepsze: kłamstwo i absurd podane w białych rękawiczkach, czy prawda w wydaniu z wypowiedzi posła? Albo konkretnie: jak zareagować na manipulację i kłamstwo byłej minister Gęsickiej? Potakiwaniem – czyli potwierdzeniem, że kłamstwo jest prawdą, czy też ciętą ripostą?

Rozważanie granic wolności wypowiedzi jest, jak najbardziej na miejscu. Problem jest jednak bardzo skomplikowany, bo i granica jest dość płynna. Tłumienie jej można interpretować, jako rodzaj knebla, który w imię demokracji zakłada się wolnemu słowu. Pozwalanie na wszystko jest z kolei przejawem głupoty. Niestety nie ma prostych odpowiedzi.

Odbiegłem trochę od tematu głównego, którym miało być blogowanie jako takie. Wydaje mi się jednak, że przykład blogu niepokornego posła z Lublina dobrze pokazuje, czym jest taki internetowy pamiętnik. Każdy może wyrazić swoje poglądy, przekazać światu istotne dla niego rzeczy. Dobry to pomysł, choć w zasadzie jest niczym więcej, jak nowoczesną formą tego, co kiedyś zawierało się sztambuchach, pamiętnikach, dziennikach. Podstawowa różnica to zasięg: zeszyt mógł przeleżeć w szufladzie, a blog gdy kliknie się “publikuj” jest dostępny na krańcach świata.

Mózg i sztućce

08/12/2008

...

W ostatnich dniach zdarzyło mi się zrobić zdjęcie, które zamieściłem obok. Bardzo ciekawa była reakcja tych, którzy je oglądali. Jedni byli zniesmaczeni, innym się podobało. Najliczniejsza grupa odbiorców nie wyraziła swojej opinii wcale. Ten ostatni fenomen zastanowił mnie najbardziej. Można sobie pomyśleć: bardzo uderzyłem w ich poczucie estetyki, ale nie chcieli urazić autora. Naprawdę nieliczni doszukali się w zdjęciu jakiejś koncepcji, a może nawet metafory. Nikt nie zakwestionował kompozycji , czy też sposobu wykonania fotografii. Miałem przedziwne wrażenie, że prostym kadrem z gumowym mózgiem w roli głównej złamałem jakieś tabu. Szczerze pisząc jestem tym faktem zaskoczony. Tym bardziej, że zdjęcie nie jest ani bardziej szokujące niż obrazki z wiadomości telewizyjnych, ani staszne niczym horror.

Znowu ocieramy się o problem dosłowności. Gdybym sfotografował np. zwłoki mielibyśmy do czynienia ze skrajnymi emocjami, które najprawdopodobniej zostałyby wyartykułowane przez dużą liczbę odbiorców. Ba, jeżeli zdjęcie spełniałoby odpowiednie kryteria, mógłbym wysłać je na konkurs fotografii prasowej.  A tak mamy umowne przedstawienie pewnego skrawka rzeczywistości, które w większości przypadków nie trafiło na żaden grunt interpretacyjny. Moje intencje nie zostały odczytane w ogóle, nie licząc wyjątków.  Wnioski, jakie się rodzą są dwojakie: albo metafora jest nieczytelna, albo przeraża forma. Gdybym umieścił tu i ówdzie, jakiś piękny widoczek wywołałbym reakcję zachwytu, która ograniczona zostałaby do stwierdzeń typu: “piękne”, “powalające”, “cudowne”. Możemy to obserwować codziennie w portalu Nasza Klasa. Nieskończone – najczęściej fałszywe – wzdychanie nad tą i tamtą, nie wnoszące nic do zaprezentowanej treści.

Sam się dziwię, że się dziwię… Nie dociera do mnie fakt, że wszystko, co nas otacza można odbierać tylko na poziomie wspomnianej już dosłowności. Pewnie dlatego, źle się sprzedaje poezja a galerie świecą pustkami…

Na koniec, chcę jeszcze napisać, iż nie twierdzę, że zaprezentowana wyżej fotografia, to jakieś wielkopomne dzieło. Raczej eksperyment, którym chciałem unaocznić zjawisko. Celowo umieściłem ją w kilku miejscach, bo bardzo byłem ciekawy rekacji odbiorców. Spełniła dobrze swoją rolę.

Suffering & Pain – czyli o epatowaniu cierpieniem

03/12/2008

Był swego czasu nurt w muzyce metalowej, który zwykłem nazywać “suffering & pain”. Cierpienie, ból, rozstanie – to słowa wytrychy, które pojawiały się w co drugim tekście takich zespołów, jak My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, etc. Co ciekawe nurt ten miał też ciekawy wariant w polskiej muzyce niemetalowej. Takie wokalistki, jak Kowalska, Nosowska i Bartosiewicz również nie stroniły od depresyjnych środków wyrazu. Oczywiście to żadna nowość, ani ewenement. Weźmy Romantyzm, Młodą Polskę i inne epoki. Tam też roiło się od cierpienia i jego różnych odmian. Nie wiem, jak wyglądała recepcja takiej sztuki w ówczesnych czasach. Nie było wówczas list bestsellerów, ani notowań Billboard’a. Wiadomo natomiast, jak wyglądają sprawy dzisiaj. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania najlepszych zdjęć prasowych, poczytać tabloidy, oglądać wiadomości i filmy. Ciekawie prezentuje się na przykład lista najlepszych zdjęć reporterskich wg. magazynu Vanity Fair (link). Rzeczywiście są mistrzowskie, jeżeli chodzi o ich poziom, ale zarazem boleśnie dosłowne. Gdy na forum Canona zadałem pytanie, co powoduje, że główna tematyka zdjęć prasowych nagradzanych corocznie oscyluje między wojną i śmiercią jeden z użytkowników napisał mi …że się nie znam. Dodał też, że pewnie nie zrobiłem nigdy zdjęcia reporterskiego. Argumenty raczej niskich lotów, niemniej zjawisko zostaje nienazwane. Można narzekać, z jednej strony na żądnych krwi odbiorców, do których zawoalowany przekaz nie dotrze, dlatego trzeba im podać trupa na tacy. Z drugiej strony winę można zgonić na wydawców, którzy chcą podnieść nakład czasopism, sensacyjnym zdjęciem. Na koniec skazać – tu najwyższy stopień abstrakcji – cały świat. Zły do szpiku, niesie tylko cierpienie. Prawdziwe zapewne, jest każde z tych stwierdzeń. Oglądam wiele galerii zdjęć różnych tematycznie i do upadku fotografii, czy szerzej sztuki, moim zdaniem daleko. Niestety jednak o wiele łatwiej natrafić na dosłownie zamkniętą w kadrze rzeczywistość  niż taką,  która rodzi głębsze emocje niż tylko instynkty na podstawowym poziomie. Zresztą można zaobserwować również skrzywienia w drugą stronę. Wszechobecny przerost formy nad treścią z dorobioną do tej treści ideologią, która rzekomo niesie metaprzekaz. Szkoda, że dostępny tylko dla twórcy. Ogólny wniosek jest niezbyt odkrywczy: zło, ból i cierpienie będą zawsze lepiej się sprzedawały niż dobro, które ociera się o banał. A gdy jeszcze zinterpretuje się intencje twórcy przez pryzmat słów Nicka Holmes’a – wokalisty wspomnianego zespołu Paradise Lost, który mówi, iż radosna sztuka go przygnębia, znajdziemy jakieś wytłumaczenie ciążenia ludzkości “w dół”. Ostatnia refleksja jest taka, że mogę sobie teoretyzować dopóty dopóki nie  grozi mi fotografowanie w ekstremalnych warunkach. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądałyby moje zdjęcia, gdybym robił je w Somalii, Iraku, Strefie Gazy czy Biesłanie…

niech wygra najlepszy?

30/11/2008

Klaudia Kulawik, 11-letnia uczestniczka programu Mam Talent zajęła drugie miejsce w finale tego widowiska. Co ciekawe, jej wykonanie piosenki Stana Borysa, było najsłabszym wokalnie występem. Zasadniczo nie byłoby powodu, by ten temat poruszać, gdyby nie fakt, że wysoka pozycja Klaudii uwidoczniła pewien ciekawy mechanizm społeczny. Oto dziewczyna, która ewidentnie nie poradziła sobie z wybranym utworem i na tle innych uczestników wypadła blado, zdeklasowała rywali. Na pytanie dlaczego tak się stało, nasuwa się pewna odpowiedź. Zaraz po występie Klaudii, Kuba Wojewódzki stwierdził, że nie widzi dla niej miejsca na polskiej scenie muzycznej.  Przypuszczalnie te słowa jurora, przyczyniły się do tego, że miliony telewidzów wybrało ją numerem 2 programu. Nieprzebrane rzesze wzięły dziewczynkę w obronę, mimo że nie została ona zaatakowana.  Wypowiedź Wojewódzkiego nie nosiła bowiem znamion złośliwości. Człowiek ten abstrahując od swego sposobu bycia, zna polski rynek muzyczny, jak mało kto i  wyartykułował opinię, na którą mało kto by się odważył. Bo jak skrytykować 11-latkę, która owszem ma wyjątkowy głos, ale każdym występem udowadniała, że sam talent to nie wszytko? Owszem można ją nazwać nieoszlifowanym diamentem, który zamieni się w cenny brylant. Gdy jednak próbuję sobie wyobrazić miejsce Klaudii w polskim showbiznesie za 5-7 lat, nijak nie umiem znaleźć dla niej odpowiedniej niszy. Patetyczne utwory, które dobrano dla niej na potrzeby programu, zaszufladkowały ją tak skutecznie, że nawet jasnowidz miałby problem z zobaczeniem Klaudii w radosnym, adekwatnym do wieku repertuarze. Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy wspomnieć. Dziewczyna, podczas wszystkich występów była niewarygodnie smutna. Można odnieść wrażenie, że ciężar, jaki kazano jej nieść, był nieznośny. Inne dzieci, które brały udział w programie emanowały młodzieńczą radością i energią. Klaudia była po prostu smutna. Można odnieść wrażenie – być może jest to nieuzasadniona teza – że wielką wygraną nie jest dziewczyna, ale jej rodzice.

jak trwoga to do Boga

29/10/2008

Niemiecki psychiatra i filozof Karl Jaspers ukuł pojęcie sytuacji granicznych. Są to najogólniej rzecz ujmując sytuacje, w których człowiek doświadcza bólu, nie podlegającego na pierwszy rzut racjonalizacji. Jaspers wymienia: śmierć, cierpienie, walkę i winę, jako te doświadczenia, które pomimo tragizmu, jaki niosą potrafią wznieść człowieka jeszcze wyżej. Istota ludzka, która dotknęła sytuacji granicznej ma szansę wyabstrahowania się ponad własne emocje i przez swoją zdolność do autorefleksji wyciągania wniosków, które pozwolą jej być lepszą, głębiej doświadczać swojej egzystencji. Wyciągnąć wreszcie dobro z tego, co na pozór dramatyczne, bolesne, niezgłębione.
Zastanawiające jest to, jak blisko z takiego spojrzenia do antropologii chrześcijańskiej. Zmienia się tylko (aż!) centrum rozważań. Człowiek, który doświadcza cierpienia i zmierzy się z nim zaczyna dostrzegać w zbiorze wydarzeń, które miały miejsce mocną obecność Boga. I choć naturalną tendencją rodzaju ludzkiego – niejako wpisaną w jego naturę, jest szukanie odniesienia poza materialnym układem, pewnych faktów nie da się zinterpretować inaczej, jak przez pryzmat obecności Najwyższego. Takich pozornych zbiegów okoliczności mogę wymienić w swoim życiu mnóstwo. Zdarzenia,  w których Niewytłumaczalne stawało się faktem, a beznadziejne płonęło nadzieją także teraz napawają mnie poczuciem, że “jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam”. Sam jestem tak skonstruowany, że rozum często przysłania emocje. Wszystko chciałbym przekuć na myśl. Są jednak rzeczy, w których rozum zawodzi i wtedy droga, którą idę z zamglonej ścieżyny zamienia się w przejrzysty szlak, w którym cel jest, aż nadto widoczny. Do takiego postrzegania prowadzą mnie właśnie sytuacje graniczne. Smutne tylko jest to, że gdy wyjdę już na prostą, rozum ponownie zaczyna dominować i podważać fakty, jakie miały miejsce. Taka natura człowieka, że jak trwoga do Boga…

Jakże często pochłonięci jesteśmy półśrodkami, które stanowią protezę tego, co tak naprawdę najważniejsze. Popadnę w truizm, ale taką postawę można nazwać przewagą mieć nad być. Gdy przychodzi chwila próby, strach, który jest wypadkową braku akceptacji, tego czego nie zaplanowaliśmy i niepewności, co będzie dalej, to czym żyjemy zostaje przewartościowane. Często popadamy w depresję, frustrację i złość. Stawiamy pytanie: dlaczego ja? Sytuacje graniczne jednak pozwalają wzlecieć ponad JA i MOJE. Mogą spowodować, że absolutny wymiar tego, co nas dotyka zostaje poszerzony o najważniejszy z kontekstów. Nie oznacza to, że problemy znikną, ból ustanie, jak ręką odjął. Zaczynają one jednak nabierać sensów, które po ludzku wieją głupotą i zabobonem. I odsłania się prawdziwy sens życia i świata. Widać, że jest Ktoś, kto pomaga nieść cały ten ciężar. Oby to spojrzenie było naszym udziałem…

“O co wyjesz, wyjcu?”

02/09/2008

Stali czytelnicy domyślają się, że nie mogę pozostawić bez komentarza wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych. W telegraficznym skrócie: Lech Kaczyński przedstawia kolejnych uczestników obchodów. Gdy pada nazwisko Bogdana Borusewicza gawiedź, która przyjechała, zapewne z poruczenia ojca dyrektora zaczęła buczeć, gwizdać i wykrzykiwać: hańba.

Kolejny raz ludzie, którzy w czasach Sierpnia ‘80, głowy mieli głęboko schowane w piasek lub co gorsza aktywnie działali w POP próbują znieważyć człowieka, który dał świadectwo odwagi i poświęcenia. I pewnie nie poruszałbym tego tematu, bo takie zachowania należy marginalizować, gdyby nie wypowiedź Władysława Bartoszewskiego. Bolszewizacja to słowo klucz, którego użył Profesor. Miał rację. Dla ludzi, którzy próbowali wykpić Borusewicza istnieje tylko jeden głos, jedna racja i jeden wódz. Jest nim Tadeusz Rydzyk i jego usta Jerzy Robert Nowak. I wstrząsające jest stwierdzenie Bartoszewskiego, który mówi, że nic nie jest w stanie go już zdziwić, po tym jak w czasie obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowane grupy spod ciemnej toruńskiej gwiazdy robiły na cmentarzu powązkowskim awanturę. Nawet SB – stwierdza Bartoszewski – w czasie obchodów rocznic nie odważyło się robić z cmentarza miejsca awantury.

Płynie z tego wszystkiego, ważny moim zdaniem wniosek. Mianowicie: widać, jak na dłoni, jaki wpływ na swoich słuchaczy ma Rydzyk i jego straż przyboczna. Jak to katolickie – z nazwy – radio uczy miłości, odpowiedzialności i pojednania. I skoro już poruszam sprawę kanonu chrześcijańskich zachowań nie mogę nie wspomnieć słów Chrystusa: “po owocach ich poznacie”. Wiem, że żadna z osób odpowiedzialnych za sprawę toruńskich mediów pewnie tego nie przeczyta, a jednak pokuszę się o apel:zróbcie wreszcie porządek na Żwirki i Wigury w Toruniu. Inaczej katolicyzm będzie coraz częściej kojarzyć się w Polsce z nienawiścią, zgorszeniem i brukaniem pamięci o bohaterach. Katolikos znaczy “powszechny”, jak działalność mediów i szkoły Rydzyka ma się do misji Kościoła?

I na koniec zamiast komentarza zacytuję jeszcze raz Bartoszewskiego: “o co wyjesz, wyjcu?” Gdzie byłeś gdy Borusewicz i Wałęsa walczyli o Polskę?

III Wojna Światowa?

31/08/2008

Ponad 3 tygodnie minęło od ostatniego wpisu… Przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć o olimpiadzie (podczas ceremonii zamknięcia jednomyślnie z Żoną wypowiedzieliśmy z uśmiechem: “wreszcie”). Sytuacja w Gruzji nie zajmuje już codziennie pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Zdarzyło się kilka katastrof lotniczych. Płynie z tego wszystkiego brutalna myśl, że świat pędzi do przodu na tyle szybko, że kolejna zmiana wymusza zapomnienie o poprzedniej. I tylko przez głowę mi przyszło, gdy Rosja uznała niepodległość Osetii Południowej, że ten maraton w dziwny sposób biegnie ku III Wojnie Światowej. Być może zabrzmi to defetystycznie, ale nasuwają mi się analogie z latami 30-stymi ubiegłego stulecia. Ta myśl prowadzi – przejściowo na szczęście  - do podskórnej utraty poczucia bezpieczeństwa. Za chwilę już biegnę w kierunku dramatu pod tytułem: co z nami będzie, w razie gdyby? Pomijam fakt, że nad horyzontem zachodniej gospodarki rozciąga się widmo recesji. Na szczęście na czarny czwartek, póki co się nie zanosi, choć mamy do czynienia z ewidentnym hamowaniem gospodarki (może za wyjątkiem chińskiej). Smaczku dodaje fakt, że w rejonach ropo i gazonośnych mamy przeplatankę terrorystycznej wojny podjazdowej z jednej strony i najazdu mocarstwa na nieposłuszne i dumne państwo z drugiej.

Niedawno oglądałem bardzo stary film dokumentalny o ostatnich miesiącach przed II Wojną Światową. Przedstawiono w nim tajne dokumenty ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Oba państwa, wbrew oficjalnym zapewnieniom o interwencji zbrojnej w obronie Polski w razie wojny, podjęły po cichu decyzję o tym, że Polsce nie pomogą. Dzisiejsza polityka zagraniczna nie różni się specjalnie od tej z czasów Nevilla Chamberlain’a i Édouarda Daladier. Dlatego pomimo oczywistej niechęci do obecnie urzędującego prezydenta Rzeczpospolitej przyjąłem bardzo pozytywnie, to co ucznynił i czyni w sprawie Gruzji. Oczywiście zaraz odezwały się głosy (o ironio głównie z lewej strony sceny politycznej), że Kaczyński rujnuje politykę zagraniczną. Owszem wypowiedział wiele ostrych słów, wiele z nich było politycznie niepoprawnych. Nie oszukujmy się: Rosja nie daruje nam ich. Tylko, że trzeba było stanąć w obliczu wyboru: wydać nic nieznaczącą notę dyplomatyczną, lub twardo opowiedzieć się po stronie państwa, któremu Rosja zadała gwałt. I nasuwa się następująca konstatacja: ci którzy dziś krzyczą o niszczeniu polityki zagranicznej, skutecznie uniemożliwili Polsce dywersyfikację paliw płynnych (zapominalskim przypomnę: zerwanie umowy z Norwegami przez rząd Millera). No i znaleźliśmy się w sytuacji, w której Rosja rzeczywiście może nam dopiec, w zemście za twardą postawę wobec agresji na Gruzję.

Dzisiaj słuchałem dwóch utworów z czasów Powstania Warszawskiego we współczesnym wykonaniu zespołu Armia. Oba są pewnie znane wszystkim: jeden to “Warszawskie dzieci” drugi “Pałacyk Michla” (dla zainteresowanych link: http://www.myspace.com/armiaband). Piosenki opiewają bohaterstwo młodych ludzi, którzy potrafili oddać życie w sytuacji próby. Bardzo jestem ciekaw, jak ta próba wyglądałaby w dzisiejszych czasach? Niech to będzie konkluzja krótkich rozważań o wojnie. Oby nie nadeszła!

Wszystkim, którzy dopatrują się we mnie zachowań paranoidalnych  po przeczytaniu tego tekstu, uspokajam: wszystko ze mną w porządku, jeno skojarzenia mam czasem dość sugestywne :P