Był swego czasu nurt w muzyce metalowej, który zwykłem nazywać “suffering & pain”. Cierpienie, ból, rozstanie – to słowa wytrychy, które pojawiały się w co drugim tekście takich zespołów, jak My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, etc. Co ciekawe nurt ten miał też ciekawy wariant w polskiej muzyce niemetalowej. Takie wokalistki, jak Kowalska, Nosowska i Bartosiewicz również nie stroniły od depresyjnych środków wyrazu. Oczywiście to żadna nowość, ani ewenement. Weźmy Romantyzm, Młodą Polskę i inne epoki. Tam też roiło się od cierpienia i jego różnych odmian. Nie wiem, jak wyglądała recepcja takiej sztuki w ówczesnych czasach. Nie było wówczas list bestsellerów, ani notowań Billboard’a. Wiadomo natomiast, jak wyglądają sprawy dzisiaj. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania najlepszych zdjęć prasowych, poczytać tabloidy, oglądać wiadomości i filmy. Ciekawie prezentuje się na przykład lista najlepszych zdjęć reporterskich wg. magazynu Vanity Fair (link). Rzeczywiście są mistrzowskie, jeżeli chodzi o ich poziom, ale zarazem boleśnie dosłowne. Gdy na forum Canona zadałem pytanie, co powoduje, że główna tematyka zdjęć prasowych nagradzanych corocznie oscyluje między wojną i śmiercią jeden z użytkowników napisał mi …że się nie znam. Dodał też, że pewnie nie zrobiłem nigdy zdjęcia reporterskiego. Argumenty raczej niskich lotów, niemniej zjawisko zostaje nienazwane. Można narzekać, z jednej strony na żądnych krwi odbiorców, do których zawoalowany przekaz nie dotrze, dlatego trzeba im podać trupa na tacy. Z drugiej strony winę można zgonić na wydawców, którzy chcą podnieść nakład czasopism, sensacyjnym zdjęciem. Na koniec skazać – tu najwyższy stopień abstrakcji – cały świat. Zły do szpiku, niesie tylko cierpienie. Prawdziwe zapewne, jest każde z tych stwierdzeń. Oglądam wiele galerii zdjęć różnych tematycznie i do upadku fotografii, czy szerzej sztuki, moim zdaniem daleko. Niestety jednak o wiele łatwiej natrafić na dosłownie zamkniętą w kadrze rzeczywistość niż taką, która rodzi głębsze emocje niż tylko instynkty na podstawowym poziomie. Zresztą można zaobserwować również skrzywienia w drugą stronę. Wszechobecny przerost formy nad treścią z dorobioną do tej treści ideologią, która rzekomo niesie metaprzekaz. Szkoda, że dostępny tylko dla twórcy. Ogólny wniosek jest niezbyt odkrywczy: zło, ból i cierpienie będą zawsze lepiej się sprzedawały niż dobro, które ociera się o banał. A gdy jeszcze zinterpretuje się intencje twórcy przez pryzmat słów Nicka Holmes’a – wokalisty wspomnianego zespołu Paradise Lost, który mówi, iż radosna sztuka go przygnębia, znajdziemy jakieś wytłumaczenie ciążenia ludzkości “w dół”. Ostatnia refleksja jest taka, że mogę sobie teoretyzować dopóty dopóki nie grozi mi fotografowanie w ekstremalnych warunkach. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądałyby moje zdjęcia, gdybym robił je w Somalii, Iraku, Strefie Gazy czy Biesłanie…