
W ostatnich dniach zdarzyło mi się zrobić zdjęcie, które zamieściłem obok. Bardzo ciekawa była reakcja tych, którzy je oglądali. Jedni byli zniesmaczeni, innym się podobało. Najliczniejsza grupa odbiorców nie wyraziła swojej opinii wcale. Ten ostatni fenomen zastanowił mnie najbardziej. Można sobie pomyśleć: bardzo uderzyłem w ich poczucie estetyki, ale nie chcieli urazić autora. Naprawdę nieliczni doszukali się w zdjęciu jakiejś koncepcji, a może nawet metafory. Nikt nie zakwestionował kompozycji , czy też sposobu wykonania fotografii. Miałem przedziwne wrażenie, że prostym kadrem z gumowym mózgiem w roli głównej złamałem jakieś tabu. Szczerze pisząc jestem tym faktem zaskoczony. Tym bardziej, że zdjęcie nie jest ani bardziej szokujące niż obrazki z wiadomości telewizyjnych, ani staszne niczym horror.
Znowu ocieramy się o problem dosłowności. Gdybym sfotografował np. zwłoki mielibyśmy do czynienia ze skrajnymi emocjami, które najprawdopodobniej zostałyby wyartykułowane przez dużą liczbę odbiorców. Ba, jeżeli zdjęcie spełniałoby odpowiednie kryteria, mógłbym wysłać je na konkurs fotografii prasowej. A tak mamy umowne przedstawienie pewnego skrawka rzeczywistości, które w większości przypadków nie trafiło na żaden grunt interpretacyjny. Moje intencje nie zostały odczytane w ogóle, nie licząc wyjątków. Wnioski, jakie się rodzą są dwojakie: albo metafora jest nieczytelna, albo przeraża forma. Gdybym umieścił tu i ówdzie, jakiś piękny widoczek wywołałbym reakcję zachwytu, która ograniczona zostałaby do stwierdzeń typu: “piękne”, “powalające”, “cudowne”. Możemy to obserwować codziennie w portalu Nasza Klasa. Nieskończone – najczęściej fałszywe – wzdychanie nad tą i tamtą, nie wnoszące nic do zaprezentowanej treści.
Sam się dziwię, że się dziwię… Nie dociera do mnie fakt, że wszystko, co nas otacza można odbierać tylko na poziomie wspomnianej już dosłowności. Pewnie dlatego, źle się sprzedaje poezja a galerie świecą pustkami…
Na koniec, chcę jeszcze napisać, iż nie twierdzę, że zaprezentowana wyżej fotografia, to jakieś wielkopomne dzieło. Raczej eksperyment, którym chciałem unaocznić zjawisko. Celowo umieściłem ją w kilku miejscach, bo bardzo byłem ciekawy rekacji odbiorców. Spełniła dobrze swoją rolę.
Kilka tygodni temu po 15 latach oczekiwania ujrzała światło dzienne nowa płyta zespołu Guns N’ Roses – “Chinese Democracy”. Axl Rose zapowiadał tę płytę przez tyle lat, że mało kto spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie wydana. Jedni mówią o 13, inni o 14 milionach dolarów, podsumowując wydatki, jakie pochłonęła ta produkcja. Ze starego składu pozostał tylko Axl i klawiszowiec Dizzy Reed. Zabrakło więc dwóch charyzmatycznych muzyków, czyli Slasha i Duffa McKagana, którzy obok Axl’a byli kojarzeni z marką Guns N’ Roses. Początkowo sceptycznie podchodziłem do nowego materiału pomimo, że niektóre utwory, które wyciekły do sieci słyszałem już jakiś czas temu i były dla mnie przekonujące. Gdzieś w głowie zakodowaną miałem myśl, że Guns N’ Roses bez Slasha, to jak stół bez nogi. A przecież nie Slash tylko Izzy Stradlin, obok Axl’a był twórcą największych dzieł zespołu, czyli płyt “Appetite for Destruction” i obu części “Use Your Illusion”. Gdy obejrzałem fragmenty koncertu Rock in Rio z 2006 r., podczas którego dwóch gitarzystów nie potrafiło sobie poradzić z genialną solówką z “November Rain” mogłem się tylko w tym przekonaniu utwierdzić. Na szczęście koncert ten zobaczyłem już po zachwycie, jaki pojawił się po wsłuchaniu się w “Chinese Democracy”. Sama płyta zaskakuje o tyle, że wciąż wpisuje się w styl, jaki wypracowało Guns N’ Roses w latach swej świetności. Z drugiej strony krążek nie jest wtórny i nie powiela utartych w tyglu młodzieńczego szału twórczego schematów. Oto słyszymy nowoczesne aranżacje, a zarazem wiemy od pierwszego taktu, z jakim zespołem mamy do czynienia. Nie jest to wcale takie oczywiste biorąc pod uwagę mało twórcze dokonania np. zespołu Metallica. Axl w przeciwieństwie do Hetfielda i Hammetta nie zjadł własnego ogona, wpadając w samonaśladownictwo. Parę słów o utworach, jakich możemy posłuchać. Płytę otwiera tytułowe “Chinese Democracy”. Dość rozbudowany wstęp wprowadza w klimat piosenki. Pierwsze takty riffu gitarowego kojarzą mi się, nie wiedzieć czemu z Satisfaction, The Rolling Stonese. Kolejne “Shackler’s Revenge” pokazuje, że z wiekiem Axl nie stracił pazura. Podobno utwór został wykorzystany, w jakiejś grze komputerowej. Nie udało mi się niestety ustalić, w jakiej. Następne “Better” i “Street of Dreams” to, klasyczne Guns N’ Roses w nowoczesnej aranażacji. Bliżej im jednak do “Use Your Illusion” niż “Appetite…” Zresztą tak jest z całą płytą. “IRS” nawiązuje trochę do “Civil War”, choć początek tego ostatniego jest wsamplowany w utwór “Madagascar” podobnie, jak słowa Martina Luthera Kinga “I have a dream” z pamiętnego wystąpienia z sierpnia 1963 r. Prawdziwą perłą jest dla mnie “This I love” – smutna ballada o rozstaniu i związanym z nim cierpieniem. Gdy posłuchałem jej pierwszy raz, ciarki przeszły mi po plecach. Miałem wrażenie, jakbym wsiadł do wehikułu czasu. “Chinese Democracy” to moim zdaniem płyta bardzo równa. Brzmi dobrze, jako całość, choć każdy z utworów stanowi też osobny rozdział. Odkąd wyszła słucham jej praktycznie bez przerwy. Od czasu do czasu włączam stare “Use Your Illusion”. Zasadniczo nie potrafię wyprowadzić, wobec nowego dzieła Guns’ów armat krytyki. Niewiele wydaje się dziś rzeczy, których chcę słuchać, dlatego tym bardziej doceniam to, czego dokonał Axl. Zdaje sobie sprawę, że moich zachwytów nie podzieli wielu starych fanów zespołu. Guns N’ Roses Anno Domini 2008 to jednak inna jakość. Nie uważam jednak, by była to jakość mniejsza niż ta z początku lat 90-tych. Na koniec ciekawostka. Axl Rose zniknał gdzieś tuż przed premierą. W chwili największego szumu zaszył się w miejscu, którego nikt nie zna. Jak twierdzą wydawcy, nie przyczyni się to dobrze do promocji krążka. Pewnie 13 milionów USD się nie zwróci. Muzyka broni się jednak sama…