Mózg i sztućce

08/12/2008 - autor: gdak

...

W ostatnich dniach zdarzyło mi się zrobić zdjęcie, które zamieściłem obok. Bardzo ciekawa była reakcja tych, którzy je oglądali. Jedni byli zniesmaczeni, innym się podobało. Najliczniejsza grupa odbiorców nie wyraziła swojej opinii wcale. Ten ostatni fenomen zastanowił mnie najbardziej. Można sobie pomyśleć: bardzo uderzyłem w ich poczucie estetyki, ale nie chcieli urazić autora. Naprawdę nieliczni doszukali się w zdjęciu jakiejś koncepcji, a może nawet metafory. Nikt nie zakwestionował kompozycji , czy też sposobu wykonania fotografii. Miałem przedziwne wrażenie, że prostym kadrem z gumowym mózgiem w roli głównej złamałem jakieś tabu. Szczerze pisząc jestem tym faktem zaskoczony. Tym bardziej, że zdjęcie nie jest ani bardziej szokujące niż obrazki z wiadomości telewizyjnych, ani staszne niczym horror.

Znowu ocieramy się o problem dosłowności. Gdybym sfotografował np. zwłoki mielibyśmy do czynienia ze skrajnymi emocjami, które najprawdopodobniej zostałyby wyartykułowane przez dużą liczbę odbiorców. Ba, jeżeli zdjęcie spełniałoby odpowiednie kryteria, mógłbym wysłać je na konkurs fotografii prasowej.  A tak mamy umowne przedstawienie pewnego skrawka rzeczywistości, które w większości przypadków nie trafiło na żaden grunt interpretacyjny. Moje intencje nie zostały odczytane w ogóle, nie licząc wyjątków.  Wnioski, jakie się rodzą są dwojakie: albo metafora jest nieczytelna, albo przeraża forma. Gdybym umieścił tu i ówdzie, jakiś piękny widoczek wywołałbym reakcję zachwytu, która ograniczona zostałaby do stwierdzeń typu: “piękne”, “powalające”, “cudowne”. Możemy to obserwować codziennie w portalu Nasza Klasa. Nieskończone – najczęściej fałszywe – wzdychanie nad tą i tamtą, nie wnoszące nic do zaprezentowanej treści.

Sam się dziwię, że się dziwię… Nie dociera do mnie fakt, że wszystko, co nas otacza można odbierać tylko na poziomie wspomnianej już dosłowności. Pewnie dlatego, źle się sprzedaje poezja a galerie świecą pustkami…

Na koniec, chcę jeszcze napisać, iż nie twierdzę, że zaprezentowana wyżej fotografia, to jakieś wielkopomne dzieło. Raczej eksperyment, którym chciałem unaocznić zjawisko. Celowo umieściłem ją w kilku miejscach, bo bardzo byłem ciekawy rekacji odbiorców. Spełniła dobrze swoją rolę.

Guns N’ Roses – Chińska Demokracja

04/12/2008 - autor: gdak

gnrKilka tygodni temu po 15 latach oczekiwania ujrzała światło dzienne nowa płyta zespołu Guns N’ Roses – “Chinese Democracy”. Axl Rose zapowiadał tę płytę przez tyle lat, że mało kto spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie wydana. Jedni mówią o 13, inni o 14 milionach dolarów, podsumowując wydatki, jakie pochłonęła ta produkcja. Ze starego składu pozostał tylko Axl i klawiszowiec Dizzy Reed. Zabrakło więc dwóch charyzmatycznych muzyków, czyli Slasha i Duffa McKagana, którzy obok Axl’a byli kojarzeni z marką Guns N’ Roses. Początkowo sceptycznie podchodziłem do nowego materiału pomimo, że niektóre utwory, które wyciekły do sieci słyszałem już jakiś czas temu i były dla mnie przekonujące.  Gdzieś w głowie zakodowaną miałem myśl, że Guns N’ Roses bez Slasha, to jak stół bez nogi. A przecież nie Slash tylko Izzy Stradlin, obok Axl’a był twórcą największych dzieł zespołu, czyli płyt “Appetite for Destruction” i obu części “Use Your Illusion”. Gdy obejrzałem fragmenty koncertu Rock in Rio z 2006 r., podczas którego dwóch gitarzystów nie potrafiło sobie poradzić z genialną solówką z “November Rain” mogłem się tylko w tym przekonaniu utwierdzić. Na szczęście koncert ten zobaczyłem już po zachwycie, jaki pojawił się po wsłuchaniu się w “Chinese Democracy”. Sama płyta zaskakuje o tyle, że wciąż wpisuje się w styl, jaki wypracowało Guns N’ Roses w latach swej świetności. Z drugiej strony krążek nie jest wtórny i nie powiela utartych w tyglu młodzieńczego szału twórczego schematów. Oto słyszymy nowoczesne aranżacje, a zarazem wiemy od pierwszego taktu, z jakim zespołem mamy do czynienia. Nie jest to wcale takie oczywiste biorąc pod uwagę mało twórcze dokonania np. zespołu Metallica. Axl w przeciwieństwie do Hetfielda i Hammetta nie zjadł własnego ogona, wpadając w samonaśladownictwo. Parę słów o utworach, jakich możemy posłuchać. Płytę otwiera tytułowe “Chinese Democracy”. Dość rozbudowany wstęp wprowadza w klimat piosenki. Pierwsze takty riffu gitarowego kojarzą mi się, nie wiedzieć czemu z Satisfaction, The Rolling Stonese.  Kolejne “Shackler’s Revenge” pokazuje, że z wiekiem Axl nie stracił pazura. Podobno utwór został wykorzystany, w jakiejś grze komputerowej. Nie udało mi się niestety ustalić, w jakiej. Następne “Better” i “Street of Dreams” to, klasyczne Guns N’ Roses w nowoczesnej aranażacji. Bliżej im jednak do “Use Your Illusion” niż “Appetite…” Zresztą tak jest z całą płytą. “IRS” nawiązuje trochę do “Civil War”, choć początek tego ostatniego jest wsamplowany w utwór “Madagascar” podobnie, jak słowa Martina Luthera Kinga “I have a dream” z pamiętnego wystąpienia z sierpnia 1963 r. Prawdziwą perłą jest dla mnie “This I love” – smutna ballada o rozstaniu i związanym z nim cierpieniem. Gdy posłuchałem jej pierwszy raz, ciarki przeszły mi po plecach. Miałem wrażenie, jakbym wsiadł do wehikułu czasu. “Chinese Democracy” to moim zdaniem płyta bardzo równa. Brzmi dobrze, jako całość, choć każdy z utworów stanowi też osobny rozdział. Odkąd wyszła słucham jej praktycznie bez przerwy. Od czasu do czasu włączam stare “Use Your Illusion”. Zasadniczo nie potrafię wyprowadzić, wobec nowego dzieła Guns’ów armat krytyki. Niewiele wydaje się dziś rzeczy, których chcę słuchać, dlatego tym bardziej doceniam to, czego dokonał Axl. Zdaje sobie sprawę, że moich zachwytów nie podzieli wielu starych fanów zespołu. Guns N’ Roses Anno Domini 2008 to jednak inna jakość. Nie uważam jednak, by była to jakość mniejsza niż ta z początku lat 90-tych. Na koniec ciekawostka. Axl Rose zniknał gdzieś tuż przed premierą. W chwili największego szumu zaszył się w miejscu, którego nikt nie zna. Jak twierdzą wydawcy, nie przyczyni się to dobrze do promocji krążka. Pewnie 13 milionów USD się nie zwróci. Muzyka broni się jednak sama…

Suffering & Pain – czyli o epatowaniu cierpieniem

03/12/2008 - autor: gdak

Był swego czasu nurt w muzyce metalowej, który zwykłem nazywać “suffering & pain”. Cierpienie, ból, rozstanie – to słowa wytrychy, które pojawiały się w co drugim tekście takich zespołów, jak My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, etc. Co ciekawe nurt ten miał też ciekawy wariant w polskiej muzyce niemetalowej. Takie wokalistki, jak Kowalska, Nosowska i Bartosiewicz również nie stroniły od depresyjnych środków wyrazu. Oczywiście to żadna nowość, ani ewenement. Weźmy Romantyzm, Młodą Polskę i inne epoki. Tam też roiło się od cierpienia i jego różnych odmian. Nie wiem, jak wyglądała recepcja takiej sztuki w ówczesnych czasach. Nie było wówczas list bestsellerów, ani notowań Billboard’a. Wiadomo natomiast, jak wyglądają sprawy dzisiaj. Wystarczy spojrzeć na coroczne podsumowania najlepszych zdjęć prasowych, poczytać tabloidy, oglądać wiadomości i filmy. Ciekawie prezentuje się na przykład lista najlepszych zdjęć reporterskich wg. magazynu Vanity Fair (link). Rzeczywiście są mistrzowskie, jeżeli chodzi o ich poziom, ale zarazem boleśnie dosłowne. Gdy na forum Canona zadałem pytanie, co powoduje, że główna tematyka zdjęć prasowych nagradzanych corocznie oscyluje między wojną i śmiercią jeden z użytkowników napisał mi …że się nie znam. Dodał też, że pewnie nie zrobiłem nigdy zdjęcia reporterskiego. Argumenty raczej niskich lotów, niemniej zjawisko zostaje nienazwane. Można narzekać, z jednej strony na żądnych krwi odbiorców, do których zawoalowany przekaz nie dotrze, dlatego trzeba im podać trupa na tacy. Z drugiej strony winę można zgonić na wydawców, którzy chcą podnieść nakład czasopism, sensacyjnym zdjęciem. Na koniec skazać – tu najwyższy stopień abstrakcji – cały świat. Zły do szpiku, niesie tylko cierpienie. Prawdziwe zapewne, jest każde z tych stwierdzeń. Oglądam wiele galerii zdjęć różnych tematycznie i do upadku fotografii, czy szerzej sztuki, moim zdaniem daleko. Niestety jednak o wiele łatwiej natrafić na dosłownie zamkniętą w kadrze rzeczywistość  niż taką,  która rodzi głębsze emocje niż tylko instynkty na podstawowym poziomie. Zresztą można zaobserwować również skrzywienia w drugą stronę. Wszechobecny przerost formy nad treścią z dorobioną do tej treści ideologią, która rzekomo niesie metaprzekaz. Szkoda, że dostępny tylko dla twórcy. Ogólny wniosek jest niezbyt odkrywczy: zło, ból i cierpienie będą zawsze lepiej się sprzedawały niż dobro, które ociera się o banał. A gdy jeszcze zinterpretuje się intencje twórcy przez pryzmat słów Nicka Holmes’a – wokalisty wspomnianego zespołu Paradise Lost, który mówi, iż radosna sztuka go przygnębia, znajdziemy jakieś wytłumaczenie ciążenia ludzkości “w dół”. Ostatnia refleksja jest taka, że mogę sobie teoretyzować dopóty dopóki nie  grozi mi fotografowanie w ekstremalnych warunkach. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądałyby moje zdjęcia, gdybym robił je w Somalii, Iraku, Strefie Gazy czy Biesłanie…

niech wygra najlepszy?

30/11/2008 - autor: gdak

Klaudia Kulawik, 11-letnia uczestniczka programu Mam Talent zajęła drugie miejsce w finale tego widowiska. Co ciekawe, jej wykonanie piosenki Stana Borysa, było najsłabszym wokalnie występem. Zasadniczo nie byłoby powodu, by ten temat poruszać, gdyby nie fakt, że wysoka pozycja Klaudii uwidoczniła pewien ciekawy mechanizm społeczny. Oto dziewczyna, która ewidentnie nie poradziła sobie z wybranym utworem i na tle innych uczestników wypadła blado, zdeklasowała rywali. Na pytanie dlaczego tak się stało, nasuwa się pewna odpowiedź. Zaraz po występie Klaudii, Kuba Wojewódzki stwierdził, że nie widzi dla niej miejsca na polskiej scenie muzycznej.  Przypuszczalnie te słowa jurora, przyczyniły się do tego, że miliony telewidzów wybrało ją numerem 2 programu. Nieprzebrane rzesze wzięły dziewczynkę w obronę, mimo że nie została ona zaatakowana.  Wypowiedź Wojewódzkiego nie nosiła bowiem znamion złośliwości. Człowiek ten abstrahując od swego sposobu bycia, zna polski rynek muzyczny, jak mało kto i  wyartykułował opinię, na którą mało kto by się odważył. Bo jak skrytykować 11-latkę, która owszem ma wyjątkowy głos, ale każdym występem udowadniała, że sam talent to nie wszytko? Owszem można ją nazwać nieoszlifowanym diamentem, który zamieni się w cenny brylant. Gdy jednak próbuję sobie wyobrazić miejsce Klaudii w polskim showbiznesie za 5-7 lat, nijak nie umiem znaleźć dla niej odpowiedniej niszy. Patetyczne utwory, które dobrano dla niej na potrzeby programu, zaszufladkowały ją tak skutecznie, że nawet jasnowidz miałby problem z zobaczeniem Klaudii w radosnym, adekwatnym do wieku repertuarze. Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy wspomnieć. Dziewczyna, podczas wszystkich występów była niewarygodnie smutna. Można odnieść wrażenie, że ciężar, jaki kazano jej nieść, był nieznośny. Inne dzieci, które brały udział w programie emanowały młodzieńczą radością i energią. Klaudia była po prostu smutna. Można odnieść wrażenie – być może jest to nieuzasadniona teza – że wielką wygraną nie jest dziewczyna, ale jej rodzice.

jak trwoga to do Boga

29/10/2008 - autor: gdak

Niemiecki psychiatra i filozof Karl Jaspers ukuł pojęcie sytuacji granicznych. Są to najogólniej rzecz ujmując sytuacje, w których człowiek doświadcza bólu, nie podlegającego na pierwszy rzut racjonalizacji. Jaspers wymienia: śmierć, cierpienie, walkę i winę, jako te doświadczenia, które pomimo tragizmu, jaki niosą potrafią wznieść człowieka jeszcze wyżej. Istota ludzka, która dotknęła sytuacji granicznej ma szansę wyabstrahowania się ponad własne emocje i przez swoją zdolność do autorefleksji wyciągania wniosków, które pozwolą jej być lepszą, głębiej doświadczać swojej egzystencji. Wyciągnąć wreszcie dobro z tego, co na pozór dramatyczne, bolesne, niezgłębione.
Zastanawiające jest to, jak blisko z takiego spojrzenia do antropologii chrześcijańskiej. Zmienia się tylko (aż!) centrum rozważań. Człowiek, który doświadcza cierpienia i zmierzy się z nim zaczyna dostrzegać w zbiorze wydarzeń, które miały miejsce mocną obecność Boga. I choć naturalną tendencją rodzaju ludzkiego – niejako wpisaną w jego naturę, jest szukanie odniesienia poza materialnym układem, pewnych faktów nie da się zinterpretować inaczej, jak przez pryzmat obecności Najwyższego. Takich pozornych zbiegów okoliczności mogę wymienić w swoim życiu mnóstwo. Zdarzenia,  w których Niewytłumaczalne stawało się faktem, a beznadziejne płonęło nadzieją także teraz napawają mnie poczuciem, że “jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam”. Sam jestem tak skonstruowany, że rozum często przysłania emocje. Wszystko chciałbym przekuć na myśl. Są jednak rzeczy, w których rozum zawodzi i wtedy droga, którą idę z zamglonej ścieżyny zamienia się w przejrzysty szlak, w którym cel jest, aż nadto widoczny. Do takiego postrzegania prowadzą mnie właśnie sytuacje graniczne. Smutne tylko jest to, że gdy wyjdę już na prostą, rozum ponownie zaczyna dominować i podważać fakty, jakie miały miejsce. Taka natura człowieka, że jak trwoga do Boga…

Jakże często pochłonięci jesteśmy półśrodkami, które stanowią protezę tego, co tak naprawdę najważniejsze. Popadnę w truizm, ale taką postawę można nazwać przewagą mieć nad być. Gdy przychodzi chwila próby, strach, który jest wypadkową braku akceptacji, tego czego nie zaplanowaliśmy i niepewności, co będzie dalej, to czym żyjemy zostaje przewartościowane. Często popadamy w depresję, frustrację i złość. Stawiamy pytanie: dlaczego ja? Sytuacje graniczne jednak pozwalają wzlecieć ponad JA i MOJE. Mogą spowodować, że absolutny wymiar tego, co nas dotyka zostaje poszerzony o najważniejszy z kontekstów. Nie oznacza to, że problemy znikną, ból ustanie, jak ręką odjął. Zaczynają one jednak nabierać sensów, które po ludzku wieją głupotą i zabobonem. I odsłania się prawdziwy sens życia i świata. Widać, że jest Ktoś, kto pomaga nieść cały ten ciężar. Oby to spojrzenie było naszym udziałem…

Tragikomedia fotograficzna z happyend’em

03/10/2008 - autor: gdak

Dzień zbliżał się ku końcowi. Za mną: nadbużańskie zarośla, Tomaszów Lubelski, Zwierzyniec. Trochę zdjęć, dużo błękitu nieba. A na nim… Czarna plama!!! Na matrycy aparatu jakiś,  z przeproszeniem syf. Nie będzie pyłek pluł nam w twarz. Nie damy pogrześć zdjęć. Zdjąłem obiektyw i podniosłem lustro w aparacie: niezmącona zieleń matrycy. Syfu nie widać. Może zabrudziło się szkło – myślę sobie. Niestety, czarna plama w tym samym miejscu niezależnie od obiektywu. Narzędzi brak. Są jednak patyczki do uszu. Najgłupsza rzecz, jaką wymyśliłem w ostatniej 5-latce. Niezmącona zieleń zmąciła się paprochami z wacika. Myślę sobie – no to jazda, porysowałem matrycę. Dnia następnego zaopatrzyłem się w sprzęt czyszczący. Efekt: smuuuuuuugi na całym przetworniku. To koniec – jęknąłem. Mail z pytaniem do serwisu: ile za wymianę filtra na matrycy. Odpowiedź: 1000 zł. Matko, ojcze, córko… Apokalipsa… Popytałem, znalazłem jedyny w Lublinie punkt, w którym można wyczyścić bebechy aparatu. Komentarz pana technika, bo zajrzeniu do środka: “w życiu czegoś takiego nie widziałem, proszę przyjść za 2 dni”. Godziny dłużyły się niczym doby, minuty, jak godziny… Sądny dzień! “Wyczyściłem proszę pana… 30 zł” Ufffff!!! Morał z tej historii: mam dla was ważne przesłanie, nie czyśćcie sami matrycy dranie ;)

“O co wyjesz, wyjcu?”

02/09/2008 - autor: gdak

Stali czytelnicy domyślają się, że nie mogę pozostawić bez komentarza wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych. W telegraficznym skrócie: Lech Kaczyński przedstawia kolejnych uczestników obchodów. Gdy pada nazwisko Bogdana Borusewicza gawiedź, która przyjechała, zapewne z poruczenia ojca dyrektora zaczęła buczeć, gwizdać i wykrzykiwać: hańba.

Kolejny raz ludzie, którzy w czasach Sierpnia ‘80, głowy mieli głęboko schowane w piasek lub co gorsza aktywnie działali w POP próbują znieważyć człowieka, który dał świadectwo odwagi i poświęcenia. I pewnie nie poruszałbym tego tematu, bo takie zachowania należy marginalizować, gdyby nie wypowiedź Władysława Bartoszewskiego. Bolszewizacja to słowo klucz, którego użył Profesor. Miał rację. Dla ludzi, którzy próbowali wykpić Borusewicza istnieje tylko jeden głos, jedna racja i jeden wódz. Jest nim Tadeusz Rydzyk i jego usta Jerzy Robert Nowak. I wstrząsające jest stwierdzenie Bartoszewskiego, który mówi, że nic nie jest w stanie go już zdziwić, po tym jak w czasie obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowane grupy spod ciemnej toruńskiej gwiazdy robiły na cmentarzu powązkowskim awanturę. Nawet SB – stwierdza Bartoszewski – w czasie obchodów rocznic nie odważyło się robić z cmentarza miejsca awantury.

Płynie z tego wszystkiego, ważny moim zdaniem wniosek. Mianowicie: widać, jak na dłoni, jaki wpływ na swoich słuchaczy ma Rydzyk i jego straż przyboczna. Jak to katolickie – z nazwy – radio uczy miłości, odpowiedzialności i pojednania. I skoro już poruszam sprawę kanonu chrześcijańskich zachowań nie mogę nie wspomnieć słów Chrystusa: “po owocach ich poznacie”. Wiem, że żadna z osób odpowiedzialnych za sprawę toruńskich mediów pewnie tego nie przeczyta, a jednak pokuszę się o apel:zróbcie wreszcie porządek na Żwirki i Wigury w Toruniu. Inaczej katolicyzm będzie coraz częściej kojarzyć się w Polsce z nienawiścią, zgorszeniem i brukaniem pamięci o bohaterach. Katolikos znaczy “powszechny”, jak działalność mediów i szkoły Rydzyka ma się do misji Kościoła?

I na koniec zamiast komentarza zacytuję jeszcze raz Bartoszewskiego: “o co wyjesz, wyjcu?” Gdzie byłeś gdy Borusewicz i Wałęsa walczyli o Polskę?

III Wojna Światowa?

31/08/2008 - autor: gdak

Ponad 3 tygodnie minęło od ostatniego wpisu… Przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć o olimpiadzie (podczas ceremonii zamknięcia jednomyślnie z Żoną wypowiedzieliśmy z uśmiechem: “wreszcie”). Sytuacja w Gruzji nie zajmuje już codziennie pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych. Zdarzyło się kilka katastrof lotniczych. Płynie z tego wszystkiego brutalna myśl, że świat pędzi do przodu na tyle szybko, że kolejna zmiana wymusza zapomnienie o poprzedniej. I tylko przez głowę mi przyszło, gdy Rosja uznała niepodległość Osetii Południowej, że ten maraton w dziwny sposób biegnie ku III Wojnie Światowej. Być może zabrzmi to defetystycznie, ale nasuwają mi się analogie z latami 30-stymi ubiegłego stulecia. Ta myśl prowadzi – przejściowo na szczęście  - do podskórnej utraty poczucia bezpieczeństwa. Za chwilę już biegnę w kierunku dramatu pod tytułem: co z nami będzie, w razie gdyby? Pomijam fakt, że nad horyzontem zachodniej gospodarki rozciąga się widmo recesji. Na szczęście na czarny czwartek, póki co się nie zanosi, choć mamy do czynienia z ewidentnym hamowaniem gospodarki (może za wyjątkiem chińskiej). Smaczku dodaje fakt, że w rejonach ropo i gazonośnych mamy przeplatankę terrorystycznej wojny podjazdowej z jednej strony i najazdu mocarstwa na nieposłuszne i dumne państwo z drugiej.

Niedawno oglądałem bardzo stary film dokumentalny o ostatnich miesiącach przed II Wojną Światową. Przedstawiono w nim tajne dokumenty ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Oba państwa, wbrew oficjalnym zapewnieniom o interwencji zbrojnej w obronie Polski w razie wojny, podjęły po cichu decyzję o tym, że Polsce nie pomogą. Dzisiejsza polityka zagraniczna nie różni się specjalnie od tej z czasów Nevilla Chamberlain’a i Édouarda Daladier. Dlatego pomimo oczywistej niechęci do obecnie urzędującego prezydenta Rzeczpospolitej przyjąłem bardzo pozytywnie, to co ucznynił i czyni w sprawie Gruzji. Oczywiście zaraz odezwały się głosy (o ironio głównie z lewej strony sceny politycznej), że Kaczyński rujnuje politykę zagraniczną. Owszem wypowiedział wiele ostrych słów, wiele z nich było politycznie niepoprawnych. Nie oszukujmy się: Rosja nie daruje nam ich. Tylko, że trzeba było stanąć w obliczu wyboru: wydać nic nieznaczącą notę dyplomatyczną, lub twardo opowiedzieć się po stronie państwa, któremu Rosja zadała gwałt. I nasuwa się następująca konstatacja: ci którzy dziś krzyczą o niszczeniu polityki zagranicznej, skutecznie uniemożliwili Polsce dywersyfikację paliw płynnych (zapominalskim przypomnę: zerwanie umowy z Norwegami przez rząd Millera). No i znaleźliśmy się w sytuacji, w której Rosja rzeczywiście może nam dopiec, w zemście za twardą postawę wobec agresji na Gruzję.

Dzisiaj słuchałem dwóch utworów z czasów Powstania Warszawskiego we współczesnym wykonaniu zespołu Armia. Oba są pewnie znane wszystkim: jeden to “Warszawskie dzieci” drugi “Pałacyk Michla” (dla zainteresowanych link: http://www.myspace.com/armiaband). Piosenki opiewają bohaterstwo młodych ludzi, którzy potrafili oddać życie w sytuacji próby. Bardzo jestem ciekaw, jak ta próba wyglądałaby w dzisiejszych czasach? Niech to będzie konkluzja krótkich rozważań o wojnie. Oby nie nadeszła!

Wszystkim, którzy dopatrują się we mnie zachowań paranoidalnych  po przeczytaniu tego tekstu, uspokajam: wszystko ze mną w porządku, jeno skojarzenia mam czasem dość sugestywne :P

Sandomiersko-lubelskie narzekania

11/08/2008 - autor: gdak

Pomimo szwagrowego wieszczenia udaliśmy się w sobotę w podróż do Sandomierza. Przepowiednia dotyczyła oczywiście pogody, czy raczej potencjalnego jej braku. Rzeczywiście Sandomierz powitał nas stalowoszarym niebem, które zrodziło nieszczęśliwie mżawkę. Ostatni raz w tym mieście byłem w podstawówce. Pamiętałem tylko obrazy z Rynku, ze studnią w roli głównej. Studnia okazała się inna, niż ją zapamiętałem, a Rynek mniejszy niż 20 lat temu. Okazało się nawet, że to małe miasteczko ma jeszcze większy urok, niż ten w skrawkach pamięci, które mi pozostały. Tylko Brama Opatowska pozostała niezmiennie wysoka i nadal górowała nad moim wyobrażeniem, jak i zastaną rzeczywistością. Sandomierz to jedno z tych miast, które swój urok czerpią z historii. Atrakcje turystyczne również są skonstruowane na bazie historycznej architektury. Do tego szczypta prowincjonalnej ospałości i mamy mały fenomen turystyczny. Niestety w tym miejscu opowieści, urokliwa prowincjonalność, przerodzić się musi w małomiasteczkowość . Zaczęło się niewinnie. Pani w Muzeum Okręgowym mieszczącym się w Ratuszu wygłosiła pogadankę dlaczego robienie zdjęć kosztuje drożej niż wejściówka. Odpowiedź jest zaiste prosta: “bo nie chcemy by turyści zdjęcia robili”. Inną kwestią pozostaje fakt, że owszem dokumenty z czasów Jana Olbrachta są ciekawe, ale nie miałem nawet cienia potrzeby fotografowania ich. Zresztą trzy sale w Muzeum Okręgowym przyćmił blask Muzeum Diecezjalnego, w którym było co fotografować, nie mówiąc o tym, że sporo taniej. Zamek – kolejny nasz cel po obu muzeach, był oczywiście zamknięty, wszak sobota jest dniem turystycznej agonii, przynajmniej w mniemaniu dyrekcji. Nic jednak nie przebije tego, co związane jest z prozą życia – jedzeniem. Restauracja (podkreślam: RESTAURACJA), do której się udaliśmy nosi nazwę Winnica. Od progu, czy raczej od ogródka powitał nas stojący, niczym kat nad grzeszną duszą kelner. Nim skończyliśmy studiować menu podszedł, co najmniej dwa razy niecierpliwie dopytując, czy coś zamawiamy. Przyparci do muru (“I znowu k… byłem nieasertywny”. jak mawiał Miauczyński w “Dniu świra”) zamówiliśmy danie, które w według karty ambitnie nazywało się pizzą. O herbacie nie wspomnę, tegoż względu, że zamówiona na początku, została podana post factum. Przepraszam, pomyłka: została wręczona w zgrabne dłonie mojej Żony, bo kelner nie znał podstawowych arkanów zawodu. Rozwodzę się ciągle nad wątkiem restauracyjnym (i będę kontynuował), bo po wyjściu z rzeczonego lokalu obiecałem sobie i moim towarzyszom, że opiszę ze szczegółami to, com przeżył. Kontynuując wątek: produkt pizzopodobny został podany. Niedopieczony, to mało! Zwłaszcza, gdy zostanie ten fakt zestawiony ze stężałą twarzą Małżonki, gdy mało nie połamała zębów na kości, która “się trafiła”. Zdarza się powie wielu z drogich czytelników. A jakże, nie zaprzeczam. Ale całokształt wrażeń, które były naszym udziałem, pozostawił niezatarty ślad w tym sensie, że postanowiłem zrewidować definicję słowa “restauracja”. Nadeszła ta chwila, na którą czekałem od początku pisania tego tekstu. Drogi czytający pamiętaj: nie idź pod żadnym pozorem do restauracji Winnica przy Małym Rynku 2, bo będzie płacz i zgrzytanie zębów (w dosłownym tego słowa znaczeniu).

Drugi dzień przywitał nas malowniczo błękitnym niebem. Postanowiliśmy pokazać gościom ze Skierniewic kilka wizytówek Lublina. Kaplica Trójcy Świętej była pierwszą z nich. Bizantyjsko-ruskie freski na gotyckim sklepieniu, czyli spotkanie Wschodu z Zachodem pełną gębą. Każdy, kto Lublin odwiedza powinien to miejsce zobaczyć. Wrażenia nie jest w stanie zatrzeć nawet pani kustosz, która zapytana o fakt z historii kaplicy, głucho odpowiedziała: “nie wiem”. Kolejne miejsce i kolejna wpadka gospodarzy. Muzeum Historii Miasta Lublina, pani pytana o szczegóły dotyczące wystawy zdjęć z czasów wojny mówi właściwie to samo: “nie wiem” dodając: “nie nasza wystawa”. Możliwość robienia fotografii panoramy miasta ze szczytu bramy, rekompensuje i to.

Cóż, piękno zabytków obroni się samo. Ba, obie wycieczki były bardzo udane. A że akcent padł na to, co drażni, to czysty przypadek.

Grabarz polskiej lewicy?

28/07/2008 - autor: gdak

Patrząc na polską lewicę w różnych konfiguracjach mam od dawna nieodparte wrażenie, że źródłem jej kłopotów są problemy z tożsamością. Nie pomaga nawet odmłodzenie kadry kierowniczej SLD. Jego przywódcy, jak nie mieli pomysłu na to, w którą stronę ciągnąć swój wózek, tak ciągle nie są nawet bliscy odnalezienia kierunku. I niech nie zwiedzie nikogo homagium, jakie złożył Grzegorz Napieralski premierowi Hiszpanii Jose Zapatero. Pomimo deklaracji budowania europejskiej lewicy, nadal mamy do czynienia z tworem w stanie agonalnym, którego przy życiu sztucznie podtrzymuje respirator znanych nazwisk. Można się zastanawiać dlaczego młodzi ludzie pokroju Olejniczaka, czy Napieralskiego nie potrafią czerpać z wzorców zachodnich. Nie są przecież obciążeni przeszłością i w życiorysach mają o wiele czystsze karty niż wielu starszych kolegów. Odpowiedź na to pytanie nasuwają działania Napieralskiego zaraz po jego wyborze na szefa SLD. Niczym tonący brzytwy chwycił się antyklerykalnej retoryki, która ma prawdopodobnie na celu obłaskawienie coraz bardziej zniecierpliwonego elektoratu zrekrutowanego spośród byłych działaczy PZPR i funkcjonariuszy aparatu opresji PRL. Wraz z nastaniem rządów najpierw PiS-u potem PO zaczęli oni widzieć przed sobą przyszłość w mniej czerwonych kolorach. Perspektywa utraty przywilejów wzbudziła zaś jeszcze większą niepewność. I oto nowy przewodniczący Sojuszu zaraz po wyborze zaczyna mówić znajomym kodem. Niejako składa obietnice: nic wam się nie stanie, tylko mi zaufajcie. Skąd taka interpretacja jego słów? Ano stąd, że nijak nie mogę inaczej zrozumieć sprowadzenia lewicy na polskiej scenie politycznej tylko do tworu mającego w statucie walkę z Kościołem. W głowie mi się nie mieści, że dość inteligentny człowiek, jakim jest Napieralski skazuje swą formację na polityczny niebyt wkładając ją w formę rodem z “Faktów i Mitów”. Żeby bardziej pokomplikować sytuację należy podjąć się jeszcze próby zinterpretowania ciążenia szefa SLD w kierunku PiS-u. Mamy tu do czynienia z przemyślaną taktyką. Nie bardzo jednak wiadomo, co chce ugrać Napieralski. W ostatecznym rozrachunku wzmacnianie pozycji PiS-u poprzez pozostawienie status quo w telewizji publicznej zaprowdzić może tylko do zatopienia SLD. Bardzo symboliczne jest w tym kontekście wyłamanie się w głosowaniu nad ustawą medialną posłów Kalisza i Olejniczaka. Gdzie jednak zaprowadzą polską lewicę najbliższe miesiące pod rządami nowego przewodniczącego tego nie wie nikt. Albo jest genialnym strategiem, albo grabarzem swojej formacji. Mam wrażenie, że jednak to drugie.